Relacjeprzemek

54. KFF – konkurs DocFilmMusic oczami i uszami Uwolnij Muzykę!

Relacjeprzemek

54. KFF – konkurs DocFilmMusic oczami i uszami Uwolnij Muzykę!

Oglądaliśmy, obradowaliśmy i śpiewaliśmy. Sprawdźcie komu przyznaliśmy Złotą Nutkę.

Postanowiliśmy powołać jury do muzycznych zadań specjalnych, które wysłaliśmy na Krakowski Festiwal Filmowy, aby przyjrzało się, z tak bliska, jak to tylko możliwe, konkursowi “DocFilmMusic”. Przez siedem festiwalowych dni nasi przedstawiciele obejrzeli przeszło kilkanaście filmów dokumentalnych poświęconych dźwiękom i ich twórcom (także tych poza konkursowych). Przeżyli w kinie punkową rewoltę, bunt na Kubie i jamajskie więzienie. Przemierzali wraz z muzykami rozległe kanadyjskie przestrzenie, w Brazylii pobierali lekcje gry na akordeonie i tańczyli Flamenco z Cyganami w Sewilli. Przemieszczali się w czasie i przestrzeni. Niedawno wrócili do swoich ciał i chcą podzielić się z Wami wrażeniami. Posłuchajcie (ich) historii i przyjrzyjcie się z bliska obradom

Jury:

Szymon Matlak: Widziałem jak przysypiasz w bułgarski “Deszczowy dzień”. Muszę Ci się jednocześnie przyznać, że mnie też leciała głowa. Tylko podskórna złość powstrzymała mnie przed zamknięciem oczu. Niechlujna reżyseria, dziwny skokowy montaż, źle wykorzystane materiały archiwalne i nieciekawi bohaterowie. Nie było widać zupełnie miasta, które jako mekka bułgarskich artystów, powinno stanowić bardzo malownicze tło dla opowiadanej historii.  Kiepska muzyka i przeciętni muzycy. Do końca życia nie zapomnę coveru “What a Wonderful World” zaśpiewanego przez pewną wokalistkę w czasie jam session (a może to było karaoke? – przecież poza refrenem praktycznie nie znała ona słów). Tylko czarno-białe zdjęcia trochę ratują sprawę – jedyny trafny wybór reżysera. Czy obejrzeliśmy podręcznik-przestrogę pt. “Jak nie należy robić dokumentów muzycznych?”

Katarzyna Borowiec: Przysypianie to akurat sprawa napiętego grafika i niedostatecznej liczby godzin w dobie, “Deszczowy dzień” był na tyle irytujący, że pomimo zmęczenia przez większość czasu udało mi się utrzymać uwagę. Techniczne niedociągnięcia to jedno – w pewnym momencie nawet zupełnie skopał się dźwięk, taka półamatorszczyzna – ale najbardziej fatalne było samo przedstawienie tematu. Fajnie, że ktoś świetnie gra na gitarze, ale kręcenie grona jego znajomych adorujących się nawzajem nie jest w stanie przekonać widza do zasadności dokumentowania tego zjawiska. Dodatkowo muzyka, którą słyszeliśmy, to były same wykonania – utworów Theloniusa Monka i innych jazzowych klasyków, w interpretacjach nie robiących większego wrażenia. Gdy wreszcie pojawiła się kompozycja autorstwa bohatera, po pierwsze już dawno był on postacią budzącą niechęć, po drugie po prostu nie robiła większego wrażenia. Obraz jazzu, który zbudował reżyser, to jakaś tragedia – wygląda na muzykę martwą od dawna, której słuchają tylko starsi panowie, za przeproszeniem masturbujący się swoim przekonaniem o własnym geniuszu. Przydałby się choć jeden głos z zewnątrz, nawet zapośredniczony. Zupełną antytezą tej ekranowej porażki był “Maharadża z Luizjany”.

Szymon: No właśnie, grasz Kasia na jakimś instrumencie? Bo ja chyba zapisuję się na naukę gry na pianinie do Jamesa Bookera. Absolutnie genialny muzyk i inspirująca osobowość. W  “Maharadży z Luizjany” padło takie zdanie: “Nagrać Bookera, to jak pochwycić wiatr”. Sądzisz, że sztuka ta udała się reżyserce filmu Lily Keber (zacząłem pisać Booker)?

Katarzyna: Będzie ciężko, bo pan nie żyje od ładnych paru lat, ale historię jego groteskowej śmierci wieńczącej szalone życie muzycznego geniusza naprawdę warto zobaczyć. Mamy tu fantastycznego bohatera, barwną, żywą postać, przy czym autorce udało się nie zgubić człowieka pośród spektakularnych anegdot, mamy kawał oszałamiającej muzyki, dawkowanej w sposób umiejętny i nawet znalazła się scena, w której uczeń Bookera przy fortepianie dokładnie wyjaśnia, na czym polegał jego techniczny geniusz. Dodatkowo robi wrażenie dopasowanie formy do treści w tym filmie – tak jak na koncertach James manewrował pomiędzy klasyką, piosenką popularną i folkową (ogólnie każdą znaną formą, grając to, co akurat przyjdzie mu do głowy) tak reżyserka żongluje tematami, przeplata sceny, czasem pozwala sobie na dłuższy fragment muzyczny, czasem urywa piosenki. Przy czym całość wciąż jest spójna i fragmenty historii elegancko lepią się w portret bohatera.

Przed festiwalem mówiłeś, że będziesz szerokim łukiem starał się ominąć “Mój domek na prerii”. Na szczęście udało mi się Cię przekonać do zobaczenia filmu. Żałujesz, że uległeś moim namowom?

Szymon: I tak, i nie. Miotam się ze skrajności w skrajność. Podobne były reakcje publiczności. Film ”Mój domek na prerii” pełen był takiego dziwnego, niezrozumiałego piękna. Z jednej strony chciałem zrozumieć motywy działania bohaterki, a z drugiej odczuwałem ducha paranoi i schizofrenii unoszącego się nad filmem (świetna reżyseria).

Katarzyna: Tu chciałabym wspomnieć o świetnej opcji dostępnej na KFF dla posiadaczy akredytacji medialnych i karnetów industry – w Artetece (MOS) można było nadrobić zaległości i obejrzeć przegapione filmy na komputerze. Trochę szkoda, że tak właśnie zapoznałam się z “Moim domkiem na prerii”, bo to rzeczywiście bardzo ładny film. Muzyka Rae Spoon to delikatne piosenki z wstrząsającymi historiami, które odgarnąć z metafor jest o wiele łatwiej przy pomocy tego dokumentu. No i duży plus za “Farewell Transmission” mojego ukochanego Songs:Ohia gdzieś w tle przez chwilę.

Szymon: Ale czy obrazy nie narzucały pewnej dosłowności i interpretacji? Choć bardzo podobały mi się mini-wideoklipy będące częścią filmu, to chwilami zamykałem oczy i starałem się odseparować muzykę od kontekstu i wtedy stawała się naprawdę piękna.

fot. Maya Bankovic

Katarzyna: Właśnie o to chodzi! Przynajmniej moim zdaniem – o taką refleksję: bo słyszymy typowo kobiecy głos a widzimy… kogo? Dlaczego musimy klasyfikować wykonawcę, jak wyobrażamy sobie jego twarz, zanim go zobaczymy? Do dziś pamiętam szok po pierwszym obejrzeniu zdjęć Thoma Yorke’a na przykład… Oprócz prywatnej historii Rae mamy tu wiele ciekawych tematów do zadumy po seansie. Lubię filmy, które zadają pytania.

Szymon: Wiele fenomenalnych utworów pojawiających w solidnie nakręconym dokumencie “Muscle Shoals” znałem dotąd tyko ze “słyszenia” i nie miałem pojęcia skąd wywodzi się ich charakterystyczne brzmienie. W tym przypadku sceneria odegrała w filmie równie ważną, co muzyka rolę. Okazało się także, że by zaistnieć w przemyśle muzycznym wcale nie trzeba wyjeżdżać do Nowego Jorku, czy Los Angeles. Wystarczy wybrać się do kilkunastotysięcznego miasteczka leżącego nad rzeką Tennessee w stanie Alabama.

Katarzyna: W tym przypadku największy plus dałabym za ciekawostki z branży. W ładnej formie przyjrzeliśmy się na przykład krótkiemu żywotowi zespołu Lynyrd Skynyrd, poznaliśmy sposób pracy w studiu nagraniowym wykonawców takich jak Wilson Pickett. Jednak “Muscle Shoals” to dosyć sztampowy dokument – temat traktuje raczej powierzchownie, jest zbiorem anegdot i wspominek, królują tu gadające głowy. A szkoda, bo pojawiło się kilka zagadnień mogących być odskocznią do refleksji, jak na przykład praca zespołów sesyjnych – gdyby The Swampers zagłębili się w porównanie pracy na własną rękę do czasów w Fame Ricka Halla, zdradzili parę sekretów techniczno-producenckich… To przecież clue życia wytwórni, a nie tak wiele na ten temat wiadomo. Czy przyciskałeś kiedyś wszystkie te guziczki w studiu nagraniowym?

Szymon: Niestety nie, ale przyznam, że od zawsze korciły mnie konsolety pełne suwaków i pokręteł. Chciałbym móc przekonać się kiedyś do czego na prawdę służą.  Zdarzyło mi się natomiast parę razy pociągnąć za spust podczas gry w paintball. Pamiętam, że kilka razy trafiła mnie też kula i na pamiątkę zostało mi parę siniaków. W sumie choć trochę bolało, to była niezła frajda. Podobnie odebrałem film “Pieśni odkupienia”, który oglądałem po raz pierwszy niestety na małym ekranie w Krakow Film Market (jak to dobrze móc nadrabiać zaległości jeszcze w trakcie festiwalu) i już wtedy zrobił na mnie niesamowite wrażenie. Intensywne emocje, muzyka reggae i smutek mieszający się z radością tuż za ekranową kratą. Z jednej strony od razu polubiłem bohaterów odsiadujących wyroki, często wieloletnie, w jamajskim zakładzie penitencjarnym, a z drugiej, już nieco później, trochę się ich zacząłem bać. Był to celowy zabieg reżyserki, który sprawił, że nie ocenialiśmy więźniów od początku (co najwyżej jako muzyków), a dopiero, gdy poznaliśmy ich od tej lepszej strony odkryli przed nami swoje mroczne oblicza. Najlepiej to widać na przykładzie obdarzonego niesłychanie ciepłym wokalem więźnia, który przecież dokonał tak straszliwej zbrodni. Jego pieśni są najbardziej przejmujące. Błaga nimi o przebaczenie i pragnie odkupić swe winy. Nie on jeden zresztą. Byłem na prawdę bliski zaprzyjaźnienia się z centralną i jednocześnie kolejną tragiczną postacią dokumentu – Serano Walkerem. Może dlatego wydał mi się tak bliski, gdyż przypominał swoją aparycją Omara z dobrze mi znanego serialu “The Wire”. Zacząłem się zastanawiać, co by było, gdyby ten facet miał szansę zaistnieć na wolności i rozwijać swój aktorski i sceniczny talent? Spośród wszystkich osadzonych wykazywał najwięcej chęci do zmiany, ale czy poradziłby sobie znów na wolności… Wątpię.

Katarzyna: Dobrze podsumował charakter pokazanych w konkursie filmów przewodniczący festiwalowego jury, Jan Kanty-Pawluśkiewicz (choć nie mogę zgodzić się ze stwierdzeniem, że nie były to filmu o muzyce). Wyświetlone dokumenty to świadectwa ucieczki – pokazują, że muzyka wyzwala od opresji, zarówno zewnętrznej jak i wewnętrznej, pozwala przenieść się do innego świata, uwierzyć w inny, lepszy obraz rzeczywistości. Chyba najsilniej widać to właśnie w “Pieśniach odkupienia” – choć, jak przyznawała sama autorka, wyniki eksperymentu, jakim jest wykorzystanie muzyki do resocjalizacji więźniów nie są i jeszcze długo nie będą znane, w tym momencie skazani zajmują się twórczością w miejsce przemocy, co już jest dużym osiągnięciem. Ale to nie chęć zmiany, nawrócenie złych ludzi czy magiczna transformacja są istotą tego dokumentu. Muzyka pozwala jamajskim więźniom odzyskać człowieczeństwo – film przyczynił się do dyskusji na temat ich sytuacji w tym kraju, a nie jest ona najweselsza. Nie jest to więc kwestia zmiany wewnętrznej, ale odzyskania wizerunku istoty ludzkiej w oczach społeczeństwa.

O społeczeństwie i tym, jak wpływa nań muzyka mogliśmy dowiedzieć się sporo z filmu “Rap idzie na wojnę”

Szymon: A już miałem spytać dokąd wybierasz się na wakacje. Podczas naszych muzycznych, kinowych podróży udało nam się zajrzeć na Kubę i powiem Ci, że chętnie bym się tam znów wybrał. Niekoniecznie by wspierać kolejną, kiełkującą już rewolucję, lecz po to, by z bliska przyjrzeć się urzekającej scenerii i niszczejącemu pięknu Hawany. Wydaje mi się, że społeczeństwo kubańskie na większe zmiany będzie gotowe dopiero za parę lat. Głos raperów z Los Aldeanos będzie jednak miał duże znaczenie w dyskusji z ludźmi zmęczonymi już rządami reżimu Castro. Film “Rap idzie na wojnę” wykrzykuje to, o czym wszyscy nie chcą, bądź boją się mówić. Pewnych spraw nie da się jednak przemilczeć. W dalszym ciągu służba bezpieczeństwa dokonuje wielu aresztowań (słuch po ludziach ginie), gospodarka kraju jest w opłakanym stanie i wiele osób traci życie w próbując uciec z Kuby. Los Aldeanos buntują się, podejmują walkę, nie bacząc czasem na konsekwencje swoich czynów, jednocześnie wiodą dość szczęśliwe życie rodzinne. Nie zachłysnąłem się ich buńczuczną agitacją, lecz poruszyła mnie szczerość i radość z jaką podchodzą do wielu trudnych spraw i tematów. Przypomniało mi to niegdysiejszą sytuację w Polsce… A skoro już o kraju mowa - “Za to, że żyjemy, czyli punk z Wrocka” to najjaśniejszy rodzimy akcent w konkursie “DocFilmMusic”. Twórcom dokumentu w znakomity sposób udało się uchwycić zjawisko punku w Polsce. Wypowiedzi muzyków przeplatane były fragmentami koncertów, archiwalnymi zdjęciami i interesującymi komiksowymi animacjami. Poznaliśmy dwa oblicza punku: to niosące ze sobą rewoltę w najbrudniejszej postaci i to zaangażowane ideologicznie. Dzięki dokumentowi dowiedziałem się, że punk to czad i punks not dead, ale skoro żyją, to na usta ciśnie się pytanie czym się dzisiaj zajmują? Jak się też okazuje niewiele brakowało, a nie byłoby punku w Polsce. Jeden z muzyków bardzo interesująco zobrazował różnicę jaka dzieliła nasz punk od tego, który dominował na Wyspach: “Nie wiedzieliśmy, że McLaren (menadżer Sex Pistols – przyp. red.) miał jakiś butik. Gdybyśmy wiedzieli, nie zostalibyśmy punkami”.

Katarzyna: Wróciłabym jeszcze na chwilę do tematyki politycznej. Chciałabym wspomnieć o znakomitym “Powrocie do Homs” – co prawda nie znajdował się w konkursie, ale i wątek muzyczny się w nim znalazł. To wstrząsająca – ale nie w taki sposób, jaki od razu przychodzi na myśl w związku z tą tematyką – opowieść o wojnie w Syrii. O młodzieńczym buncie, rozpoczętym od wspólnego śpiewania, kończącym się rozpaczliwymi pieśniami układanymi pośród hm, wojennej zawieruchy. Choć to znowu brzmi nieadekwatnie do tego boleśnie współczesnego obrazu działań zbrojnych – coś, co znamy z historii, opowieści, książek, staje się nagle częścią codzienności: walczący dzwoni przez telefon komórkowy i mówi, że ma słaby zasięg, bo jest właśnie na froncie… A muzyka występuje tutaj w tej roli, w której ustawiają ją również “Pieśni odkupienia” czy “Rap idzie na wojnę” – staje się narzędziem wyrażenia najsilniejszych emocji, blisko dawnego instynktu stadnego, który sprawiał, że śpiewająca społeczność ludzka odstraszała w ten sposób drapieżniki. Gorąco polecam ten film.

Oczywiście interesujących pozakonkursowych filmów było mnóstwo – także stricte muzycznych, jak puszczane nad Wisłą obrazy kontrkultury. Organizatorzy układając program darmowych pokazów poszli w powszechnie docenianą klasykę: była niepokorna Janis Joplin, fascynujący Jimi Hendrix, charyzmatyczny Jim Morrison, był intrygujący Kurt Cobain, występujący w filmie “About a Son” tylko w postaci głosu. Ta produkcja to właściwie kolaż służący za tło wywiadu, ale całość jest naprawdę godna zobaczenia. Wracając jednak do konkursu…

Szymon: Pora zaintonować nasz werdykt. Może zaczniesz Katarzyno.

Katarzyna: Moje serce kupił w całości James Booker, i choć zastanawiam się, jak duży udział miała w tym reżyserka “Maharadży z Luizjany”, nie da się zaprzeczyć, że za sam wybór tematu i udostępnienie informacji o tej niesamowitej postaci należy jej się nagroda. Jakkolwiek poruszające były “Pieśni odkupienia”, tak jamajskiego więziennego reggae raczej nie będę słuchać na co dzień, podobnie jak, w braku znajomości hiszpańskiego, raczej nie będę się raczyć hawańskim rapem. Fortepianowe szaleństwa za to na pewno zagoszczą nie raz w moim odbiorniku, i zdecydowanie jest to jeden z ważniejszych aspektów dokumentów muzycznych w mojej opinii.

Szymon: Czy zmartwychwstał po przeszło trzydziestu latach? A może przez cały ten czas ukrywał się gdzieś przed ścigającą go mafią i dealerami? Jedno jest pewne – powrócił! Reżyserce “Maharadży z Luizjany” udało się dokonać nie lada sztuki (musiała się m.in zmierzyć ze skutkami Huraganu Katrina) i przywrócić do życia genialnego pianistę – Jamesa Bookera. Wielu okoliczności i szczegółów dotyczących istnienia i twórczości artysty nigdy do końca nie poznamy. Dlatego właśnie jego historia staje się jeszcze bardziej fascynująca. Choćbym starał się o nim dowiedzieć czegoś więcej, to i tak utonę w zalewie plotek i niedomówień. Ale czy właśnie nie w ten sposób rodzą się prawdziwe legendy? Kto wie, może kiedyś wejdę do klubu w Nowym Orleanie i ku mojemu zdziwieniu ujrzę grającego na pianinie Bookera?

Złota Nutka Uwolnij Muzykę! dla najlepszego naszym zdaniem filmu konkursu “DocFilmMusic” trafia w ręce “Maharadży z Luizjany” w reżyserii Lily Keber. Swoją drogą ciekawe, czy Jamesowi Bookerowi uda się odebrać nagrodę osobiście?

James Booker: Może przy okazji zajrzę do Was na małą wideosesję!

Katarzyna Borowiec
Szymon Matlak