Podsumowaniaprzemek

6 najlepszych płyt 2014 przedstawia Patrick the Pan

Podsumowaniaprzemek

6 najlepszych płyt 2014 przedstawia Patrick the Pan

W oczekiwaniu na najnowszy singiel i w przerwie między intensywną pracą nad materiałem, Patrick the Pan opowiada nam o kilku ważnych dla niego płytach z 2014 roku.

Kolejność przypadkowa.

Francois & the Atlas Mountains – “Piano Ombre

Nie specjalnie błogosławię obecną światową  modę na elektronikę. Rozumiem dlaczego tak się dzieje, ale tego nie akceptuję.  Mam wrażenie, że coraz więcej (a w Polsce to to już szczególnie) powstaje projektów stricte elektronicznych mających żywe instrumenty mocno w tle lub w głębokim poważaniu. Moc w brzmieniu na płycie i na żywo jest łatwiejsza w osiągnięciu, ale zabija to w muzyce to, co kocham w niej najbardziej, czyli autentyczność, niepowtarzalność, niedoskonałość. Zabija też moje zaufanie do muzyka i do jego emocji, które na live actach (bo rzadko kiedy można takie występy nazwać koncertem) mają coraz mniej sposobów na udowodnienie swojej obecności. Dlatego moją płytą a zarazem odkryciem roku jest Francois & the Atlas Mountains, którzy nagrywają właśnie takie płyty, jakich mi bardzo brakuje i o jakie coraz trudniej. Przy użyciu przede wszystkim żywego instrumentarium z pianinem na czele tworzą piękną, barwną, ale i często  gibką melancholię nie bojąc się przy tym jednak puszczać oczka w stronę elektroniki. Druga sprawa to moja słabość, czyli francuskie teksty zaśpiewane niezdarnym, ciapowatym, ale jakże urzekającym i niebanalnym głosem. Arturze, wiesz co z nimi zrobić.

Skubas – “Brzask

Niejednokrotnie czytając wywiady ze Skubasem, dowiadujemy się  że jego mocną stronę są melodie, których, jak twierdzi,  ma w rękawie sporo. Trudno się nie zgodzić,  jednak Skubas ma jeszcze jeden równie ważny talent, który ja w nim sobie cenie najbardziej – posiada on niesamowicie wyszukany zmysł i wyczucie na płaszczyźnie kompozytorskiej. Melodia jest bardzo ważna, ale to jak celująco wręcz on pod te melodie ścieli funty, imponuje mi za każdym przesłuchaniem. Skubas pisze piosenki, które się nuci po jednym przesłuchaniu a jednak strukturalnie złożone, niebanalne, rozbudowane a takie podejście w pisaniu piosenek jest moim małym fetyszem. “Brzaskiem” potwierdził moją osobistą hipotezę, którą wytoczyłem po cichu jeszcze przy “Wilczymłyku”, że to jeden z największych polskich songwriterów obecnych czasów.

Damon Albarn – “Everyday Robots

Tu krótko, bo o tej płycie zostało już powiedziane i napisane wszystko . Głos Albarna niejeden wspaniały projekt już przyozdobił. Faktem jest, że te niezliczone projekty były bardzo różnorodne, wielobarwne, złożone i często mniej lub bardziej skoczne. Przyznam się bez bicia, że w całym tym pięknym szaleństwie trwającym prawie tyle ile żyję trochę zdołałem zapomnieć, że Albarn to tak naprawdę artysta bardzo melancholijny i nostalgiczny . Osobiście bardzo lubię, gdy czyjaś płyta solowa nie jest robiona dla hecy czy eksperymentu, lecz gdy jest swoistego rodzaju duchowo-muzycznym ekshibicjonizmem wynikającym z dłuższej potrzeby. A to właśnie zdaje się Damon zrobił. Po dziesiątkach lat puszczania muzycznych fajerwerków zdecydował się nagrać płytę bez ani jednego wybuchu, bez bomby, bez szaleństwa, bez niespodzianek, bez… maski? Ani narysowanej ani afrykańskiej. Pokazał, że jeden z czołowych eksperymentatorów dzisiejszej alternatywy, któremu ani opera ani klimaty etno nie są obce, umie, lubi i chce dokonywać ekspresji w sposób prosty, nie rzucający się w oczy, ale przy tym piękny i szczery.

Jenny Hval and Susanna – “Meshes of Voice”

Generalnie to ja chyba się starzeję.  Co raz mniej imprezuję, co raz wcześniej chodzę spać  i co raz mniej nowej muzyki słucham. W którymś momencie sobie po prostu odpuściłem. “Meshes of Voice”, które odkryłem przez okładkę, to bardzo mroczny norweski neo-folk  z dużą dozą elektroniki a takich wynalazków z naciskiem na “norweski” w czasach gdy byłem młodym i pięknym gościem ze słuchawkami wrośniętymi w głowę absorbowałem dużo. Pierwsze wydawnictwa Huscy Rescue, Suzanne Sundfor, Promise and the Monster, Jose Gonzalez czy około klimatowe lecz już nie norweskie Hrsta. Ta płyta zabrała mnie tam znowu i niby to nic w dzisiejszych czasach, ale dla przechodzącego kryzys-wieku-młodego 27 latka to coś bardo ważnego i kojącego. Nie trzeba jednak się czuć jak ja by to sprawdzić – to jest po prostu bardzo dobra płyta, którą każdy fan sopli zwisających z pięciolinii powinien sprawdzić.

Real Estate – “Atlas Like

Pierwszy dzień w roku kiedy nie trzeba ubierać kurtki i czapki by wyjść z domu to ważny dzień. Niby prosta rzecz, ale jaka przyjemność. Lekki wietrzyk, słońce powoli wygrywające walkę z (krakowskim) smogiem, liczniejsi rowerzyści, ludzie wracający z pracy z kurtkami przewieszonymi przez ramię…  Dla mnie to jeden z ważniejszych dni w roku, bo zwiastuje (i przypomina), że takich lepszych, cieplejszych, weselszych dni będzie niedługo więcej.  Pamiętam, że ta płyta wyszła, gdy było jeszcze zimno i mokro a każdy jej odsłuch budził we mnie pierwiastek uczucia o którym właśnie tu piszę.  Już wtedy wiedziałem, że jeśli ktoś mnie poprosi o muzyczne podsumowanie 2014 roku, ta płyta się na nim znajdzie.

Kumka Olik – “Yoko Eno” (wyróżnienie)

Nigdy ich nie lubiłem. Gdzieś  kiedyś przeczytałem wywiad, w którym chłopaki przyznały, że mieli nawiązać współpracę z jakimś znanym producentem, ale coś nie wyszło, więc ostatecznie wyprodukowali to sami. A jako, że za Kumką Olik nie przepadałem, uznałem, że polaczkowato sprawdzę “jak to im się nie powiodło”. No i się zdziwiłem. Może nie odleciałem, ale to i tak nieźle jak na zespół, za którym się nie przepada. To nie jest płyta dekady, ale dla mnie to jedna z największych niespodzianek, i pozytywnych zaskoczeń jeśli chodzi o polską scenę muzyczną. No i super, że we wspomnianych już czasach gdy wszyscy prześcigają się w wykręcaniu sutków kontrolerom Abletona, ktoś robi płytę gitarową z elektroniką w tle a nie na odwrót.

Patrick the Pan