Relacjeprzemek

“You’re Beautiful” na scenie, a przed oczami wspomnienia z gimnazjum

Relacjeprzemek

“You’re Beautiful” na scenie, a przed oczami wspomnienia z gimnazjum
Warszawa/03.10.2014

James Blunt zagrał na Torwarze.

Moje muzyczne doświadczenia z Jamesem Bluntem zakończyły się na “wolniakach” i podpieraniem ściany na gimnazjalnych dyskotekach. Pojawiały się też randki i wieczory we dwoje, kiedy to wybór takich hitów jak “Goodbye My Lover” albo “You’re Beautiful” okazały się strzałem w dziesiątkę. Dlatego też koncert Brytyjczyka traktowałem lekko z przymrużeniem oka, dystansem, co nie oznacza, że bez uśmiechu na twarzy. Stop! To był nawet wielki banan!

James rozpoczął od ckliwego “Face The Sun”, gdzie zgromadzeni podśpiewywali sobie: “No sad goodbyes, no tears, no lies”. Stąd od razu nasunął mi się pierwszy morał, który wyciągnąłem z wizyty na Torwarze: nie uprawiaj masochizmu i nie idź na ten koncert w pojedynkę! Drugi utwór, który postanowił zaserwować, to o wiele mocniejsze “I” Take Everything”. Drugi morał wizyty: myślisz, że nie znasz tekstu, ale to tylko ułuda. Wysunąć podobny wniosek mogłeś wraz z zakończeniem “Blue On Blue”. Nie byłem niebieski, a z pewnością nie zielony w warstwie tekstowej. Na pierwsze “dobry wieczór” artysta zdecydował się tuż przed “Wisemen”, gdzie publiczność nie poradziła sobie w roli chórku. Pierwszy prawdziwy hit to utwór numer sześć- “High” (dopiero dotarło do mnie, że nagrywał go jak miałem piętnaście lat), biorąc pod uwagę reakcje publiczności do hitów należy także “Carry Your Home”.

Małym przełomem na koncercie było dla mnie zagranie “Postcards”, które raz, że mnie ożywiło, dwa – wprawiło w radosny nastrój, trzy – pojawiły się specjalne wizualizacje, dzięki którym każdy mógł śpiewać z Jamesem. To, co utkwiło mi w pamięci to fakt, że na Torwarze pojawiły się całe rodziny, nie brakowało także osób w przedziale wiekowym 50-60. Miałem wrażenie, że starsza część zgromadzonych bawiła się najlepiej- na tyłach  zorganizowała sobie parkiet, gdzie żwawo bezwstydnie poruszali się w rytm dźwięków (tym też dali przykład młodszym, jak można się bawić).

Nie wiem, kto układał koncertową playlistę, ale Blunt to prawdziwy mistrz wywoływania nagłych, skrajnych nastrojów. Bądź że szczęśliwy, radosny, a zagra ci “Goodbye My Lover”, przyzwyczajaj się do melancholijnego nastroju, a tu wystrzeli z “Cause I Love You”. James wystrzelił też ze sceny i już za chwilę noszony był na rękach. Z tego co widziałem, parę osób próbowało sobie zrobić selfie z muzykiem – niestety próby były nieudane. Dopiero kiedy postanowiłem obejrzeć nagrania z innych koncertów zauważyłem, że muzyk rzuca się w stronę publiczności zawsze na tym samym utworze (szkoda, że dowiedziałem się o tym dopiero teraz, reakcja byłaby zdecydowanie szybsza). Jak się spodziewacie – atmosfera ta nie mogła potrwać zbyt długo, dlatego też artysta zagrał “Same Mistake”, jednakże utwór, na który czekał każdy fan wybrzmiał jako czternasty! Telefony w górę, wzajemne uściski, podniosła atmosfera i “You’re Beautiful”, które wybrzmiało niczym prawdziwy hymn! Na zakończenie coś z nowości –  ”Stay the Night”, “Bonfire Heart” i nienależące do tej grupy “The 1975″ , którego spodziewałem się o wiele wcześniej. Koncert – było naprawdę warto. Emocje? Jak podczas spotkania po latach z dawnym szkolnym znajomym.

Mateusz Grzeszczuk