Aero Flynn – “Aero Flynn”

Aero Flynn – “Aero Flynn”
Ooh La La Records /2015

Twórcze oblicze depresji.

O niektórych ludziach zwykło się mówić, iż urodzili się pod szczęśliwą gwiazdą. Gwiazda Josha Scotta zgasła jednak na długo przed tym, nim dane jej było na dobre rozbłysnąć na muzycznym firmamencie. Tliła się ona co prawda przez chwilę na początku tego wieku, kiedy to młody Scott ze swoim zespołem Amateur Love święcił triumfy na lokalnej scenie w Eau Claire, Wisconsin, jednakże pasmo następujących po sobie niefortunnych zdarzeń sprawiło, iż świat – pominąwszy wąskie grono oddanych przyjaciół – stopniowo zapomniał o młodym muzyku z wielkim potencjałem.

Porzuciwszy zespół i Eau Claire Josh Scott udał się do Chicago, gdzie przez prawie dziesięć lat zmagał się ze swoimi wewnętrznymi demonami: chorobą immunologiczną oraz depresją. Walka ta, choć destrukcyjna, w przewrotny sposób stała się dla niego niewyczerpanym źródłem kreatywności, które w efekcie doprowadziło do powstania jednego z piękniejszych, choć zabarwionych bólem projektów muzycznych – Aero Flynn.

Słuchając debiutanckiej płyty Scotta wydanej pod tym szyldem można odnieść wrażenie, że depresja otworzyła przed muzykiem nowy wymiar odczuwania piękna, niedostępny dla zwykłych śmiertelników. Sięgnął on po niestandardowe, kłócące się ze sobą połączenia, chaos uczynił jeszcze bardziej chaotycznym, a jednak mimo wszystko cały materiał zdaje się być w owym nieładzie idealnie wyważony.

Album otwiera utwór zatytułowany “Plates2″. Z początku nieśmiała kompozycja z czasem zyskuje na sile, gdy do subtelnego, gitarowego intro zaczynają dochodzić mocniejsze riffy, wokal oraz utrzymane w stosunkowo optymistycznym tonie solówki. Po “Plates2″ kolej na “Twist”. Ten utwór to jeden z moich faworytów na płycie – więcej tu przestrzeni i kojącego chłodu, pojawiają się też nowe elementy w postaci zawodzącego brzmienia skrzypiec i delikatnie dającej o sobie znać elektronice. Przybiera ona zresztą na sile w kolejnym utworze, a zarazem pierwszym singlu promującym wydawnictwo – “Dk/Pi”. Pięciominutowa, skłaniająca do podrygów kompozycja zdecydowanie nie brzmi jak dzieło wykreowane przez osobę przytłoczoną otaczającą ją rzeczywistością. Tego typu pozytywnych akcentów próżno szukać w dalszej części płyty. Mamy tu co prawda “Brand New”, który adekwatnie do swojej nazwy uderza w świeże, tchnące nadzieją tony, jednakże przeważająca część zamieszczonych na wydawnictwie utworów spowija słuchacza gęstą warstwą niezrozumiałego smutku. Trudno jednak nie pokochać cudownie przestrzennego wokalu w “Crisp”, wzbogacającego już i tak pokaźną konstelację dźwięków, trzasków, stukań i spięć rozgrywających się w tle. Ciężko też przejść obojętnie wobec modulacji głosowych (“Tree”), brzęczących solówek (“Floating”) i rozkosznych ballad, w których na pierwszy plan wysuwa się to gitara i skrzypce (“Maker”), to pianino i sekcja dęta (wieńczący płytę “Moonbeams”).

Wsłuchując się w piękne w swej melancholii dźwięki debiutanckiego albumu Aero Flynn trudno nie odnieść wrażenia, iż pasja do muzyki powróciła do Scotta w odpowiednim, i być może ostatnim możliwym momencie. Nie tylko uchroniła go przed podzieleniem tragicznego losu Szymona Borzestowskiego (recenzja płyty “Tigersapp“), lecz także – obudziwszy w nim uśpioną kreatywność i radość tworzenia – na nowo wypełniła blaskiem jego gwiazdę.

Dorota Szubska