Agnes Obel – “Aventine”

Agnes Obel – “Aventine”
Mystic Production/2013

To nie był film.

Stara, dobra polska szkoła filmowa – to pierwsze, co przychodzi mi do głowy, gdy słyszę pierwsze akordy “Chord Left”. Tylko i wyłącznie pianino, tylko i wyłącznie stukot klawiszy, żadnych ozdobników, żadnych dodatkowych instrumentów. I przekazują tyle emocji, co muzyka, tekst, słowo i obraz w jednym, z tą różnicą, że wszystko poza muzyką trzeba sobie wyobrazić. Siła, wyrazistość, a równocześnie prostota – to wyznaczniki zarówno muzyki starych, dobrych polskich filmów, jak i wprowadzającego utworu z drugiej płyty duńskiej wokalistki.

Agnes Obel urodziła się w Kopenhadze w rodzinie o muzycznych korzeniach. Już w dzieciństwie uczyła się gry na fortepianie, w wieku siedmiu lat śpiewała i grała na gitarze basowej w małym zespole, później założyła własny zespół, aż przyszedł czas na karierę solową. Przy obu albumach artystki, Agnes odpowiada za niemal każdy jej element – kompozycje, produkcję, oczywiście przy tym śpiewa i gra na pianinie.

W jej utworach dominuje rzeczone pianino. Jest nawet ważniejsze od wokalu, co nadaje jej piosenkom szlachetnego, klasycznego zacięcia, traktując równocześnie o typowych dla nas wszystkich problemach. Jej czysty, klasyczny głos, wspierany jedynie chórkami, przenosi w zupełnie inny świat: świat dla jednych magiczny, dla innych baśniowy, dla innych (tych, którzy tak jak ja, naoglądali się jej teledysków z “The Curse” na czele) czarno-biały, filmowy, obcy, ale przyjazny.

W “Aventine” poza niebiańskimi chórami, pojawia się sekcja smyczkowa z prawdziwym, głęboko brzmiącym, wielkim kontrabasem.  W “Run Cried the Crawling” smyki głupieją, aby w “Tokka” zamilknąć ponownie na rzecz pianina, które niczym górski potok sypie dźwiękami. Ok, ten utwór może zalatywać ciut Vivaldim. “Wiosną” bodajże. Instrument naśladuje tu dźwięki przyrody tak dobrze oddawane przez Włocha. Ale już singlowe “The Curse” i dalsze piosenki zamiast tego idą w klasyczne 3:20, z pięknie opowiedzianą historią w tle, a pianino buduje tutaj nastrój na każdym etapie. Jest nieodłącznym czynnikiem emocjonalnym w tych utworach, tworząc czasem główną linię, a czasem zaledwie barwne tło – wraz ze smykami, chórkami i czasem odrobinką gitary – dla głosu wokalistki-bajarki (mam nadzieję, że jest to poprawna wersja feministyczna wyrazu “baj”).

To, co przyciąga do tych piosenek, to prostota i klasyka: żadnych udziwnień, żadnych dodatkowych instrumentów, gitar, syntetyków. Żywe instrumenty i piękny głos wokalistki budują tu nastrój jak nie przymierzając – dobry film. Prosto i bez prądu. Bez autotune, bez syntezatora i grama gitar elektrycznych. Z pięknym, choć prostym tekstem. Da się? Oczywiście, że da się zrobić piękne utwory na smyczki i fortepian, nie trącając przy tym Vivaldim! I myślę, że ludzie czasem takiej prostoty szukają. Prostoty, ukojenia, spokoju, azylu od codziennej szamotaniny, pracy, biegu i sieczki z mediów. I w takiej chwili przychodzi do nas blond włosa, belgijska piękność. Cieszę się, że na świecie są jeszcze tacy twórcy.

Maria Grudowska