Relacjeprzemek

And So I Watch You From Afar – relacja z koncertu w Poznaniu

Relacjeprzemek

And So I Watch You From Afar – relacja z koncertu w Poznaniu

Irlandia w Wielkopolsce, kto to widział?!

W 2011 roku chłopcy z And So I Watch You From Afar oczarowali mnie kompletnie swoją muzyczną bezpretensjonalnością, głośnymi i wywrotowymi riffami, i tą bezczelną radością, którą obdarowali całą publikę zgromadzoną na koncercie w Poznaniu. Traf chciał, że miasto po raz kolejny miało przyjemność gościć kwartet z Belfastu na kolejnym koncercie, na którym grupa promować miała swój najnowszy, wydany w zeszłym roku album, “All Hail Bright Futures”. Pierwszy album w nowym składzie (Niall Kennedy zastąpił nieodżałowanego Tony’ego Wrighta) przyniósł za sobą parę zmian brzmieniowych, o czym już rozpisywałem się jakiś czas temu, więc zastanawiałem się, co na dobrą sprawę pokażą Irlandczycy na poznańskim koncercie. Ale po kolei.

Pod Minogą. Co to za miejsce?! Byłem tam po raz pierwszy i, szczerze powiedziawszy, trochę dziwi mnie wybór takiej lokalizacji. Fajnie, że powstają miejsca w środku miasta, ale klub najwyraźniej musi mieć lekko na bakier z tamtejszymi mieszkańcami, gdyż przechodziłem akurat, gdy ASIWYFA mieli próbę dźwiękową (zagrali “Think:Breathe:Destroy”, czego niestety nie powtórzyli na koncercie) i szum roznosił się po całej dzielnicy, ale magicznie wchodząc do środka, nie słyszałem nic z kanonady dźwięków, która roznosiła się w najlepsze piętro wyżej. Do tego było kilka zgrzytów, jak wiecznie bujająca się podłoga, strasznie głośno ustawione kolumny, malutka scena, masa dziwnych filarów i średnio przyjemna obsługa, ale na szczęście minusy nie przysłoniły plusów, a właściwie jednego plusa – niesamowicie dobrego koncertu.

Zespół był w trakcie bardzo udanej trasy, m.in. zagrali na belgijskim Dunk!, na którym słyszałem o ich fenomenalnej formie i ciepłym przyjęciu od redakcyjnej koleżanki, Gosi, dlatego byłem nastawiony na najlepsze od pierwszych dźwięków utworu “Eunoia” wchodzącego gładko w “Big Thinks Do Remarkable”, którymi tradycyjnie And So I Watch You From Afar rozpoczynają swój set. Przygoda z najnowszym krążkiem zakończyła się po wejściu “Like a Mouse”, później mieliśmy już tylko ucztę opartą na dwóch pierwszych albumach grupy. Najwyraźniej zespół jest w stanie zrozumieć siłę swoich poprzednich nagrań, skoro swoje najnowsze dzieło traktują trochę po macoszemu. Ewentualnie jest to może spowodowane tym, że wymagają od nich większego ogaru technicznego, co może odbyłoby się kosztem energii na scenie.

Nie ma jednak co narzekać, skoro materiał, który zaserwowali nam Irlandczycy, był chyba nawet potężniejszy niż to, co widziałem trzy lata temu na koncercie w Fabrice. Do seta marzeń brakowało mi właściwie “Set Guitars to Kill”, ale właściwie dostaliśmy wszystko, czego można było oczekiwać: większość genialnej EP-ki “The Letters” z “S is for Salamander” na czele, masę szlagierów z debiutu – “If It Ain’t Broke… Break It”, którego końcówka zmiotła mnie z posadzki, “The Voiceless”, który wciąż pozostaje w moim absolutnym top tego zespołu czy chóralnie odśpiewane (przecież to najlepszy hymn piłkarski ever) “Don’t Waste Time Doing Things You Hate”. Oczywiście, były też zajawki z “Gangs” w postaci “BEAUTIFULUNIVERSALMASTERCHAMPION”, “Gang (Starting Never Stopping)” czy przepiękne “7 Billion People All Alive At Once”, wszystko wymieszane w odpowiednich proporcjach.

Technicznie, nie mam zespołowi właściwie nic do zarzucenia. Gitary duetu Friers-Kennedy co chwila przekrzykiwały się w spazmatycznych przeskokach ciężkich riffów zmieszanych z ciągłymi szaleństwami na pitch shifterach wszelkiego rodzaju. Szczególnie dobrze prezentowało się to w nagraniach z czasów “Gangs”, które wymagały od nich gigantycznego zgrania, gdyż partie tappingowe czy liczne, wspólne harmonizacje musiały wybrzmieć dobrze od pierwszej do ostatniej nuty. Fajnie też, że chłopcy mogą liczyć na wsparcie sekcji rytmicznej, bo Chris Wee to istna maszyna perkusyjna (zrobił parę małych wpadek, ale nic, czego by nie usłyszał typowy słuchacz), która napędzała całe granie do przodu. Do tego Jonathan Adger w zespole pełni też ważną rolę, bo jego bas to nie tylko zwykłe plumkanie, nieraz to uzupełnianie całych dolnych rejestrów w momencie szaleństw gitarzystów i arsenał efektów pod nogami na pewno ułatwia całą sprawę, a przynajmniej sprawia, że zaczyna być interesująco.

Publiczność zgromadzona w Pod Minogą nie narzekała na koncert, mogła najwyżej narzekać na paru gagatków, nota bene, tych samych kuców, którzy katowali publikę na koncercie God Is an Astronaut we Wrocławiu parę dni wcześniej. Podłoga aż się trzęsła od dudniących basów i skaczących nózek, także And So I Watch You From Afar ze swoim rockowo-tanecznym projektem dali radę! Uwielbiam ich na żywo, bo energia, którą dysponują, jest wręcz niesamowita. Dlatego polecam Wam się wybrać następnym razem (bo mam nadzieję, że następny raz będzie), kiedy grupa przyjedzie do Polski promować jeszcze lepszy album niż “All Hail Bright Futures”. Może tym razem nie będą się wstydzić grać piosenek. I może zagrają gdzieś indziej niż w Poznaniu. Ja nie rozumiem tego miasta. Tak wcale nie rozumiem.

Kuba Serafin