Ania Rusowicz – “Mój big-bit”

Ania Rusowicz – “Mój big-bit”
Universal/2011

Oddaj płytę mamie.

Kojarzę piosenki jej mamy. Nie, nie jestem tak stara. Ale oglądałam “Wideotekę dorosłego człowieka”. Potem usłyszałam tę panią na festiwalu piosenki w Opolu i na usta cisnęło się pytanie: kto to jest? Czekałam na rozwój sytuacji, oczekiwałam jakiegoś triumfalnego powrotu big bitu na polską scenę muzyczną na dłużej niż około świąteczny “Kulig” Skaldów, który wraca co roku jako odpowiedź na wszędobylskie “Last Christmas”. Ale nie. Choć można znaleźć sporo materiałów promocyjnych, wywiadów, pani Ania ruszyła nawet w trasę koncertową, ale ja nie widzę osobiście, żeby big bit i wolna miłość znów miały szczególny popyt.

O co z tym big-bitem chodzi? Chodzi po prostu o rock’n'roll, tylko ówczesna polska władza nie przepadała za nowinkami z Zachodu, więc wszystko mieliśmy wtedy nazwane po naszemu. Ada Rusowicz z Wojciechem Kordą, Krzysztofem Klenczonem i Katarzyną Sobczyk byli wtedy najpopularniejszymi polskimi twórcami. A teraz?

Teraz pojawił się album córki Ady Rusowicz, która wygrzebała piosenki mamy, zaśpiewała ponownie na swój obraz i podobieństwo 6 utworów mamy i dodała 6 własnych, które utrzymane są w identycznej stylizacji. Piosenki są zarówno zagrane, jak i zaśpiewane jak w czasach jej mamy. Tak jak do muzyki nie mam zastrzeżeń, tak vibratto pani Ani jakoś nie jest u mnie do przejścia.

Rozumiem, że matka była legendą. Już wykorzystanie jej piosenek i stylistyki było ryzykowne. Według informacji prasowych to miała być interpretacja pani Ani, jednak czuję tu niewiele jej interpretacji. Wszystko jest identyczne. Nie trzeba było do tego 6 nowych piosenek, wystarczyło wydać ponownie płyty mamy. Jeśli wydawca liczył na wielki triumf big-bitu z tamtych czasów, to raczej nie trafił. Oczywiście, nie przeczę, że płyta znajdzie odbiorców. Ale raczej pośród rocznika naszych rodziców. Kup mamie na prezent.

Maria Grudowska