Anita Lipnicka – “Vena Amoris”

Anita Lipnicka – “Vena Amoris”
Mystic Production/2013

Ballady i romanse z nutą vintage.

Czasem każdy z nas potrzebuje innej przestrzeni. Bywa, że rzeczywistość przytłacza i staje się kulą u nogi, wtedy potrzebujemy wyciszenia, odskoczni, czegoś innego. I właśnie to coś daje nam Anita Lipnicka.

Najnowszy album tej artystki otwiera drzwi do nierealnego, wręcz magicznego świata. Każdy utwór jest specyficzny. Już na wstępie minimalistyczny “Eon” porywa swoimi dźwiękami do innego wymiaru, gdzie banjo urzeka w “Hen, hen”, gitara pedal steel w “Wodowaniu”, akordeon w “Monochromie”, latynoskie rytmy rodem z westernu w tytułowym “Vena Amoris”, a dodatkowo w trakcie tej muzycznej podróży nasuwają się skojarzenia – “Gdy na mnie patrzysz” przypomina twórczość grupy Calexico, a “Nie wiem” kojarzy się z mroczną PJ Harvey. Najpiękniejszą kompozycją jest bez wątpienia “Sen Laury”, cechuje ją niezwykły klimat pełen melancholii, delikatne klawisze i subtelny wibrafon.

W muzyce Anity wyraźnie czuć inspirację americaną. Dlatego w akustycznych aranżacjach pojawiają się brzmienia country, rocka, folku i bluesa. Płyta czaruje silnym ładunkiem emocjonalnym, a zmanierowany, momentami rozmarzony, wręcz senny wokal jest dodatkowym atutem, wpływającym na charakter krążka. Emanuje z niego lekkość, eteryczność i… dojrzałość, która uderza także w sferze lirycznej. Poniekąd to zapewne zasługa Grega Freemana (który pracował z Goldfrapp, czy podbijającą w ostatnich latach brytyjskie i amerykańskie listy sprzedaży grupą Mumford & Sons) i odpowiedzialnego za miks całości Stuarta Bruce’a (Bob Marley, Kate Bush, Van Morrison).

Od ostatniej płyty Anity Lipnickiej minęły cztery lata (“Hard Land of Wonder” 2009), a od wydania krążka polskojęzycznego trzynaście (“Moje oczy są zielone” 2000). Aż trzynaście lat, tyle trzeba było czekać, by w 2013 roku dostać wyjątkowy album pełen wciągających, leniwie snujących się melodii i niecodziennych dźwięków. Warto było. Lew Tołstoj twierdził, że “muzyka jest stenografią uczuć”, słuchając “Vena Amoris” można z czystym sumieniem przyznać mu rację.

Aneta Wieczorek