Anna Calvi – “One Breath”

Anna Calvi - “One Breath”
Domino/2013

Ze złością jej bardziej do twarzy.

Dwa lata temu byłem jedną z ofiar uroku, jaki rzuciła na słuchaczy Anna Calvi. Wprawdzie artystka nie zdobyła mojego serca w takim stopniu, bym wyrzucał z siebie same piękne określenia (co stało się udziałem np. Briana Eno), ale nie trudno było widzieć w niej wszechstronnie uzdolnioną autorkę. Nie przeszkadzała mi nawet nadmierna teatralność, która w wykonaniu wielu innych artystów bywa karykaturalna i skutecznie odstraszająca. Kiedy zaczęły pojawiać się informacje o pracach nad drugim albumem, niezwykle interesujące wydawało się to, w którą stronę pójdzie Calvi. Możliwości było wiele. Niestety, otrzymane wskazówki czy własne decyzje chyba nie do końca były celne.

Anna Calvi zdecydowała się na nagrywanie “One Breath” w Paryżu i Dallas, pod czujnym okiem Johna Congletona. W bogatym CV producenta odnaleźć można między innymi nazwę St. Vincent, co w kontekście drugiej płyty Calvi wydaje się  kluczowe. Jeśli przy okazji debiutanckiej płyty można było bowiem mówić o tym, że Anna inspiruje się PJ Harvey czy Patti Smith, ale tworzy jednocześnie coś unikatowego, to tym razem wzorzec jest oczywisty. Momentami różnice pomiędzy St. Vincent a Calvi są minimalne i nie do końca jestem w stanie traktować ten fakt jako zaletę.

Początek płyty sugeruje jednak, że Anna Calvi będzie kontynuować rozpoczętą w 2011 roku historię i, wobec tego co dzieje się na albumie później, rozwiązanie takie należałoby witać z otwartymi ramionami, radością wypisaną na pysku, chlebem i solą. “Suddenly” i “Eliza” mogłyby bowiem spokojnie znaleźć się na debiutanckiej płycie i z pewnością nie odstawałyby poziomem od pozostałych piosenek. Problemy zaczynają się mnożyć później.

Przy okazji trzeciego utworu “Piece By Piece” można już odnieść wrażenie, że ze wściekłością jest Calvi zdecydowanie bardziej do twarzy. Spokojna ballada z elektronicznymi bajerami to nie jest to, czego bym oczekiwał. Szybko okazuje się jednak, że trzeba będzie się  pogodzić z dalszą rewolucją. Tym razem jest bowiem nie tylko zdecydowanie bardziej różnorodnie, ale i subtelnie. Dramaturgii oraz emocji jakie oferowały takie utwory jak “Blackout” czy “Devil” tutaj nie doświadczymy lub będzie ich stosunkowo mało (“Cry”). Oto “Sing To Me” brzmi niczym nieco ulepszona wersja piosenek, które kocha Marek Niedźwiecki (czyli coś w stylu np. Katie Melua). Charakterystyczny do tej pory dla Calvi patos też zmienił swoje oblicze, czego przykładem totalnie nieudany “Bleed Into Me”, gdzie powtarzane tytułowe zdanie staje się niezwykle irytujące. Subtelność odchodzi momentami na dalszy plan i artystka próbuje nawet czegoś na kształt punk rocka w “Love Of My Live”, co jednak i tak wychodzi nieszczególnie, za bardzo kojarząc się z nieudolnym naśladownictwem Karen O czy Patti Smith. “One Breath” i “Carry Me Over” to utwory, gdzie w dość ciekawy sposób budowane jest napięcie, ale cóż z tego, skoro na dłuższą metę staje się to nudne. W kilku chwilach odczuwalny jest brak specyficznego i tak bardzo charakterystycznego sposobu gry na gitarze. Wszystko to sprawia, że znajomość z płytą nie jest ekscytująca. Miłą wprawdzie odmianą jest  zamykający album “The Bridge”, który trochę nie pasuje do towarzystwa, ale okazuje się najlepszym momentem albumu (poza “Suddenly” i “Eliza”) i daje olbrzymią nadzieję – jeśli w taką stronę zdecyduje się podążyć Calvi i nie ma szans na powrót do sprawdzonej strategii “groźnej Anny”, to jestem na tak.

“One Breath” nie jest płytą słabą, ale budzi mieszane uczucia. Być może  poprzeczkę artystka zawiesiła sobie na tyle wysoko, iż nie była w stanie jej tym razem dosięgnąć. Podejrzewam, że za dużo wniosła (zepsuła?) tutaj osoba producenta i, choć w wywiadach artystka twierdzi inaczej, to jej samej w tych piosenkach jest stanowczo za mało. Nie można natomiast powiedzieć, że Anna Calvi stoi w miejscu i nie próbuje czegoś nowego. Zasadniczy problem polega jednak na tym, że w pierwszym wydaniu zdecydowanie bardziej do mnie przemawiała. Uszy wówczas otwierały się szerzej, a zachwyt bywał niejednokrotnie najodpowiedniejszą reakcją.  Tym razem emocji jest już zdecydowanie mniej, a i świat, który proponuje artystka, nie jest  tak ciekawy. Calvi zapowiadała się na kogoś unikatowego na scenie muzycznej, a można założyć, że obierając taką ścieżkę jak na “One Breath” będzie wkrótce jedną z wielu.

Michał Stępniak