Antemasque – “Antemasque”

Antemasque – “Antemasque”
Nadie Sound/2014

Trudna przyjaźń.

Z muzyką Mars Volty jest czasem tak, jak ze sztuką nowoczesną – nieraz forma jest ważniejsza niż treść. W kwestii gmatwania formuły rockowej nie mieli sobie równych przez długi czas. Choć mieli gorsze momenty (vide fatalny “Octahedron”), wciąż nie można było zaprzeczyć temu, że w ich muzycznym szaleństwie tkwiła jakaś metoda. Kiedy świat dowiedział się o rozpadzie grupy poprzez przez serię tweetów napisanych przez wokalistę zespołu, Cedrica Bixler-Zavalę, nie spodziewałem się, że w najbliższym czasie on i jego wieloletni towarzysz, Omar Rodriguez-Lopez, powrócą do wspólnego tworzenia. Najwyraźniej jednak “afrogłowa amor vincit omnia”, dzięki czemu mamy kolejną okazję do posłuchania, co tych dwóch ma do powiedzenia.

Antemasque należy raczej traktować w kategorii ciekawostki niż swoistej kontynuacji tego, co muzycy prezentowali w The Mars Volta, a niegdyś w At the Drive-in. Choć “Antemasque” może mieć delikatne naleciałości stylu, jaki duet prezentował na poprzednich wydawnictwach, grupa różni się zdecydowanie jedną rzeczą – prostotą. Przede wszystkim kompozycje zostały odarte ze skomplikowanej polirytmizacji i ogólnego chaosu na rzecz czytelniejszych i, można nawet powiedzieć, popowych wstawek. Nie jest to już znak rozpoznawczy Rodriguez-Lopeza, ale w tym wypadku nie jest to coś złego, wręcz przeciwnie – w końcu można delektować się tym selektywnym brzmieniem niż zastanawiać się, co, do cholery, stało się w szesnastej minucie kolejnego molocha Mars Volty. Poza jednym indeksem (“Providence” –  swoją drogą, najsłabsza część albumu) utwory nie przekraczają magicznej bariery czterech minut, co jedynie wzmacnia dysonans między starszymi dokonaniami duetu a “Antemasque”.

Skutkiem takiego rzutu jest to, że w końcu muzycy przestali przeskakiwać sami siebie i stworzyli coś całkowicie na luzie, o wiele większym rozrzucie stylistycznym – od zeppelinowskich ballad (“Drown All The Witches” w poprawionej wersji w stosunku do EP) przez peany a’la Fleetwood Mac (“50,000 Kilowatts”), na alt-rockowych pasażach kończąc (“I Got No Remorse”, “Rome Armed to the Teeth”). Wsparci przez znanego z Red Hot Chili Peppers (i debiutu Mars Volty) Flea oraz Dave’a Elitcha stworzyli przyjemną, rockową płytę, która niewątpliwie ma kilka mocnych punktów i można jej poświęcić kilka(naście) odsłuchów. Na pewno nie zrobi większego szumu, bo nie jest aż tak dobra, ale mimo wszystko się cieszę, że jedni z moich ulubionych muzyków nie przestali grać razem, najwyraźniej czas leczy rany. Może album nr 2 (jeśli do takiego dojdzie, rzecz jasna) pokaże, na co ich jeszcze stać. Tymczasem, wracam do “Frances the Mute”.

Kuba Serafin