Antony And The Johnsons – “Swanlights”

antony-and-the-johnsons-swanlights.jpg Antony And The Johnsons – “Swanlights
Secretly Canadian/2010

Jest w tym coś pocieszającego, że w świecie, w którym na scenie i w codziennym życiu liczy się przebojowość tak subtelna, wymagająca skupienia, pełna liryki muzyka, jaką tworzy grupa Antony and The Johnsons, nie jest skazana na niszę. Przeciwnie, na czwartą już w dorobku grupy płytę  ostrzyli sobie zęby krytycy i spora grupka fanów.

Zespół nie zawiódł nikogo. Wydał krążek, na którym wszystkie melodie stają ze sobą w szranki o tytuł tej najpiękniejszej, a aranżacje, w których tradycyjnie króluje fortepian, nie dając się zdetronizować nawet orkiestrowemu instrumentarium, są przemyślane od pierwszego do ostatniego taktu. Słuchając “Swanlights” ma się wrażenie, że żaden z utworów nie mógłby zyskać lepszej oprawy.

Antony po raz kolejny uderza w liryczne nuty, uzyskując przy tym całą gamę emocji. Są one ze sobą splecione tak silnie, że czasem, jak w życiu, trudno oddzielić radość od smutku, jasne od ciemnych barw. Stanowi to niewątpliwie jedną z wielu zalet płyty.  W “The Great White Ocean” nastrój maluje nostalgia. Zaraz po optymistycznym “I’m in love” pojawia się intrygujące, tytułowe “Swanlights”. Urywki dźwięków fortepianu i pobrzmiewające tajemniczo gdzieś z oddali gitary stanowią tu tło dla Antony’ego snującego swą opowieść. Melancholia “The Spirit Was Gone” ustępuje miejsca ekstatycznej wręcz radości pierwszego singla z krążka,”Thank You For Your Love”. Nie można nie wspomnieć o sprawdzonym już duecie z Bjork, śpiewanym po islandzku utworze “Fletta”.

Zespół Antony And The Johnsons krążkiem “Swanlights” właściwie niczym nie zaskakuje. Niczym oprócz tego, że przy tej płycie nie ma mowy o nudnej wtórności.  Albumu od początku do ostatniego dźwięku słucha się z zapartym tchem.

Kamila Madajczyk