Apparat – “The Devil’s Walk”

Apparat – “The Devil’s Walk”
Mute/2011

Minimalistyczna rewolta.

Przyzwyczaiwszy swoich fanów do stylistyki z pogranicza czystej elektroniki, IDM i techno, Apparat zepchnął głęboko do szafy swoje pierwsze, ambientowe dokonania. Po wydanym w 2007 roku “Walls” takie kawałki jak “Arcadia” czy “Hailin’ from the Edge” stały się już niemal legendarne, po wielokroć zapętlane na playlistach i puszczane na imprezach. Choć wciąż nieco melancholijny i mroczny, Sascha Ring pobudzał swoimi utworami coraz gwałtowniejsze emocje. Trzeba było jednak czekać aż cztery lata na nowy album, w międzyczasie pocieszając się zacną współpracą z Modeselektorem. “The Devil’s Walk” jest mroczne w całej swej okazałości, ale w warstwie muzycznej to czysty ambient okraszony minimalem, z którego jednak nadal przebija się czasem żywsza elektronika właściwa Apparatowi.

Na plan pierwszy wysuwa się najsmutniejszy, najbardziej przejmujący kawałek tej płyty, a mianowicie “Goodbye”, na którym śpiewa Anja Plaschg, aka Soap&Skin. Dzwoneczki, pianino i tworzące tło skrzypce czynią niepokojącą aurę ciemnego pokoju i nieumiejętnej bliskości, o których mówi tekst. Spokój mącony jest przez niski beat i wokal, a wszystko składa się na pełną goryczy opowieść, która ciągnie słuchacza w swój posępny świat. A on przygnębiony idzie, na cztery i pół minuty zapominając o rzeczywistości. Cały album jednak nie jest utrzymany w aż tak gorzkiej tonacji, raczej kąsa odpowiednio dozowaną melancholią. Przestrzenne kawałki, jak choćby początkowy “Sweet Unrest”, nastrajają sentymentalnie i wzbudzają podziw swoim dopracowaniem. Apparat nie sili się na kombinowanie, pokazuje natomiast swoją wrażliwą stronę. Przestrzenne, wielopłaszczyznowe kawałki stymulują skojarzenia z wczesną twórczością berlińczyka, który co i raz pobudza emocje słuchacza żywym beatem i syntezatorami. “Song of Los” czy “Candil De La Celle” to kolejne mocne punkty płyty, odwołujące się po trosze do “Birds” czy obydwu części “Fractales” z “Walls”.

Natomiast ostatnim wstrząsem, stylistycznie wyróżniającym się na tle reszty, jest bezsprzecznie singlowe “Ash/Black Trail”, pędzące ambientowym, żywym beatem w nieskończoność. Perkusja przemieszana z syntezatorami plus czysty głos Saschy, wyśpiewujący z nonszalancją kolejną opowieść o uczuciach, to recepta na sukces. I właśnie nim okazuje się cały album.

Warto było czekać te cztery długie lata na tak dopracowany, przejmujący zwrot w twórczości Niemca. Ukochana elektronika zanurzona w minimalistycznych odnośnikach okazała się strzałem w dziesiątkę, opatrzonym sentymentalnymi tekstami. Wrażliwość to jej fundament i główny atut, zaś warstwa muzyczna ujmuje chłodem. “The Devil’s Walk” jest na pewno jedną z lepszych płyt tej jesieni.

Monika Pomijan