Appleseed – “Night in Digital Metropolis”

Appleseed – “Night in Digital Metropolis”
Wyd. własne / 2010

Polscy retro-futuryści.

Poznaniacy po czterech latach od wydania minialbumu “Broken Lifeforms” nareszcie zaprezentowali longplaya. Niestety w dość nieszczęśliwym terminie, bo pod koniec roku, a wtedy większość zajęta jest podsumowywaniem 12 miesięcy (najczęściej z pominięciem ostatnich dwóch). Album panów nie wdarł się więc przebojem do rankingów, a niewątpliwie na wzmiankę przynajmniej w rubryce zaskoczenie jak najbardziej zasługuje, ale po kolei…

Nagrywają w języku angielskim, przez co mają także trochę fanów poza granicami Polski. Kompozycje są rozbudowane, nie brakuje instrumentalnych popisów. Sami przyznają się do czerpania inspiracji z mocarzy; Pink Floyd, Led Zeppelin, The Mars Volta. Dźwięki traktują z pietyzmem, podobnie jak atmosferę – futurystyczna oprawa graficzna na zewnątrz i wewnątrz albumu zasługuje na pochwały.

Na krążku znajduje się dziewięć kawałków, przy czym należy podkreślić, iż najkrótszy trwa ponad trzy minuty. Większość oscyluje w granicach 4-5 minut, a wisienką na torcie są wielominutowe monstra. W pierwszych utworach mamy aniołki, dusze, odwołania do Boga, czyli wszystko czego Polak zapragnie. Kolejne liryki zajmują się innymi tematami, przede wszystkim miłością. Dużo słownych repetycji, aczkolwiek intonowanych różnorodnie. Zresztą i tak spore fragmenty kompozycji są wyłącznie instrumentalne, słuchacz nie ma więc wrażenia nadmiernej powtarzalności.

Nie tylko data wydania przyczyniła się do cichej recepcji krążka. Ze względu na bardziej skomplikowaną budowę poszczególnych piosenek trzeba porządnie nasiąknąć albumem, by go docenić. Kilka przesłuchań powinno wystarczyć. Poziom materiału jest troszkę nierówny, ale też nieadekwatne jest oczekiwanie od tych muzyków hitów. Panowie obrali inny kierunek.

Głos Radosława Grobelnego dobrze wkomponowuje się w struktury kawałków. Wokalna maniera, prozodia i intonacja może momentami (np. “Delay”) przypominać Roba Harveya z nieodżałowanego The Music. Podobny sposób akcentowania i wykrzykiwania kolejnych sylab. Notabene także warstwa instrumentalna przywodzi asocjacje z Brytyjczykami; Applessed również łączą ostrzejsze brzmienie z elektroniką. Barytonowe możliwości wokalisty są wystarczające, by gładko przechodzić do falsetu w “Chasing Dreams”.

Muzycy przeplatają quasimetalowe riffy z bardziej tajemniczym brzmieniem. Moim faworytem jest drugi pod względem długości utwór, czyli “Playground”. Śpiew i instrumenty świetnie się uzupełniają. Początkowe syntezatory mogą sprawiać wrażenie, że to kolejny utwór IAMX. Później jednak grupa kombinuje zdecydowanie po swojemu; frapujące partie gitar w tle, nieodłączny bas poruszający się w niższych oktawach i kapitalna transowa przerwa z orientalnymi wokalizami. A potem jeszcze żwawy finał.

Grupa ma co prawda konta na takich portalach jak MySpace, Facebook czy Last.fm, ale brakuje oficjalnych klipów albo choć profilu na soundcloudzie, które można by linkować do znajomych. Korzystanie z takich gadżetów ułatwia promocję, szczególnie biorąc pod uwagę motywację niektórych użytkowników internetu, którzy nie mają ochoty walczyć z topornym wcieleniem MySpace. Dostępność można by więc polepszyć. Album poddano masteringowi w Stanach Zjednoczonych i klimatyczne, dopracowane brzmienie jest niewątpliwie jednym z największych atutów poznaniaków. Niektórym kompozycjom brakuje muzycznego orzeźwienia, lecz to są detale nad którymi niewielu debiutantów się pochyla – mają jeszcze czas. Pozostaje tylko życzyć, by na następne wydawnictwo nie trzeba było czekać czterech lat.

Łukasz Stasiełowicz