Relacjeprzemek

Archive i Yann Tiersen – w deszczu strugach

Relacjeprzemek

Archive i Yann Tiersen – w deszczu strugach
19.06.2011/Wrocław

- Dobry gig!
- Ale bez “Again”…
Czyli słów kilka o wrocławskim koncercie w ramach WrocLove Fest.

Każde duże miasto w Polsce stara się obecnie stworzyć swoją kulturalną enklawę organizując masę wystaw czy koncertów. Choć Wrocław nie ma stricte wakacyjnego festiwalu, jak metropolie pokroju Warszawy czy Krakowa, to i tak miał czym zachwycić podczas niedawno zakończonego WrocLove Fest, na którym zaprezentowali się tacy artyści, jak Bobby McFerrin czy Ayo. Niby był to festiwal wielkich gwiazd, ale stało się tak jedynie dlatego, że wspomniani wcześniej wykonawcy mieli mniejsze bądź większe trasy koncertowe po Europie i polskie koncerty były jedynie przystankami. Wisienką na torcie, koncertem zamykającym pierwszą część festiwalu (druga w sierpniu, kiedy to wystąpić ma Erykah Badu) miał być koncert Archive i Yanna Tiersena – świetnych artystów z wyśmienitą muzyką. Ale jest to kolejny dowód na to, że był to festiwal powtórek.

Yann Tiersen przyjeżdżając do Polski średnio raz na 1,5 roku utworzył sobie tutaj porządną bazę fanów, która zapełnia klubowe koncerty. Rola supportu przed angielskim kolektywem powinna wydawać się dla grupy krzywdząca. Jednak nie oszukujmy się – o ile Tiersen jako kompozytor filmowy ma jakieś sukcesy, to jako muzyk koncertowy wciąż raczkuje. Szczególnie biorąc pod uwagę formułę, jaką przyjął wraz z zespołem porzucając piękne, instrumentalne kompozycje zmieniając je w rockową receptę z pozą francuskiego Joy Division, co potwierdził chociażby wydanym w zeszłym roku albumie “Dust Lane”.

Podobnie, jak w przypadku poprzedniego koncertu we wrocławskiej Kultowej (relacja), Tiersen zaprezentował się z tej rockowej strony, grając sporo materiału z ostatniej płyty, jak “Fuck Me” czy “Dark Stuff”, który na żywo prezentuje się dość solidnie. Muzyk świetnie zgrał się ze swoim zespołem, przez co utwory zyskały dużo na szczerości. Jako une petite rockman Tiersen czuje się na scenie wyśmienicie. Lata z 12-strunową gitarą, by po chwili przeskoczyć na skrzypce i zatrząsnąć ludźmi grając znany motyw “Sur de Fil”. Standardowo świetnie zabrzmiała “Kala”, brakło “Esther”. Lecz z tego, co widziałem, ludzie byli chyba zadowoleni. Bo nawet państwo siedzący na sektorze krzesełkowym wstali z nich na oklaski. To chyba znaczy wiele.

Wiadomo jednak, że to nie Tiersen budził największe emocje tym koncertem. Gwiazdą wieczoru był Archive i to nie budziło najmniejszych wątpliwości. Chociaż przyjeżdżają tutaj prawie tak często jak IAMX, za każdym razem budzą mnóstwo emocji. Organizatorzy z Wrockfest przyznali się nawet, że manager grupy dopytuje się, czy Archive nie ma gdzie zagrać w Polsce – cóż, wywęszyli niemałą żyłę złota biorąc pod uwagę ceny niedawno zakończonej trasy symfonicznej. Wracając jednak do meritum sprawy, kolektyw świadom swojej pozycji w naszym kraju stara się stworzyć niezapomniane show i dać wyśmienite koncerty. Sam pamiętam, jak mocno przeżywałem występ sprzed roku, kiedy to grupa w nieczynnym już hangarze Wytwórni Filmów Fabularnych w kurzu, popiele i dymie dał nieziemski pokaz możliwości, dlatego tak bardzo liczyłem na to, że pomimo otwartej przestrzeni Archive poradzi sobie z warunkami i będzie potrafił zahipnotyzować publiczność swoją muzyką.

I niby wszystko jest w porządku, zespół zagrał naprawdę przyzwoity koncert (choć gorszy w moim mniemaniu od tego zeszłorocznego). Dużo dymu, błyskających świateł, klimatyczny deszcz przy “Quiet Time” i potężna setlista. Niby dobrze się bawiłem słuchając rozbrajającego wykonania “Lights”, potężnego kopa w postaci “You Make Me Feel” czy “Dangervisit”, to jednak brakowało mi tego czegoś. Tym czymś, a właściwie kimś był Dave Pen, jeden z wokalistów grupy, który niestety nie zjawił się na koncercie. Maria Q (inna wokalistka) wytłumaczyła ze sceny, że Dave miał problemy ze szczęką. Ja wyczytałem, że dawał wczoraj koncert w ramach swojego pobocznego projektu, BirdPen, w Belgii. Cóż, może obie wersje są poprawne i miał problemy ze szczęką w Belgii właśnie. Niemniej jednak rezultat był taki, że Dave’a brakowało i było to słychać.

Nie chodzi mi o to, że zespół nie poradził sobie bez jednego wokalisty, bo poradził sobie i wyszedł obronną ręką. W końcu inni też mają swoje głosy, z których chętnie korzystali. Po prostu brak jednej osoby dawał wrażenie pewnej pustki. Choć muzycy dwoili się i troili, tworzyli zaskakujące połączenia wokalne i zagrali utwory słyszane raczej rzadko w wersji live, jak “Remove” czy “I Will Fade” z racji braku Dave’a, a John Rosko pojawiał się z większą niż zwykle częstotliwością, to ze sceny emanowało jakieś dziwne rozkojarzenie. A to Pollard Berrier machnął się z tempem podczas singlowego “Bullets”. Innym razem gitarzysta, Steve Harris zagapił się i nie zaśpiewał chórku za Pena. Były to drobne potknięcia, jednak dla mnie były niestety widoczne.

Bądź co bądź, był to świetny koncert dla moich uszu. Dwóch wykonawców bardzo popularnych w Polsce po tym występie dalej pozostaną na ustach tych, którzy ich słyszeli i zapewne wydadzą kolejne pieniądze w przypadku kolejnej trasy Archive czy Tiersena. Fani wyszli na pewno zadowoleni, sceptycy psioczyli z powodu braku “Again”, a ja – zbliżony bardziej do tej pierwszej kategorii (acz nie do końca!) z nadzieją wyczekuję kolejnego koncertu, gdzie utwierdzę się w przekonaniu, że muzyka Archive wymyka się szufladkowaniu i może dlatego jest tak wyśmienita. Z Davem czy bez niego.

Kuba Serafin
fot. Maria Grudowska