Arctic Monkeys – “AM”

Arctic Monkeys - “AM”
Domino/2013

W końcu padam na kolana.

Tytuł recenzji w zasadzie wszystko wyjaśnia. “AM” zacząłem słuchać siedem dni temu i po kilku godzinach pojawiła się myśl, że to już koniec. Nic więcej w tym roku mi nie potrzeba. Wszystkie dotychczas wydane albumy w jednej chwili straciły na wartości. Przyznaję, że po pierwszych singlach obiecywałem sobie wiele, ale nie aż tyle. Koniec końców po złoty medal w podsumowaniu rocznym (czy tylko rocznym?) panowie mogą się już teraz do mnie zgłaszać. Takiej laurki przez najbliższe lata pewnie też nie zdarzy mi się napisać.

Trudno uwierzyć, że minęło prawie osiem lat od debiutu. W 2013 roku Arctic Monkeys nie są już pryszczatymi młokosami. Teraz ubierają się ładnie, czeszą u lepszych fryzjerów, palą droższe papierosy i, oprócz głównych scen największych festiwali, nawet na otwarciu igrzysk olimpijskich zdarzyło się im wystąpić. Idealny scenariusz dla zespołu żerującego na swoim debiucie i tylko dopisującego coraz mniej ciekawe rozdziały do historii, która interesuje węższe grono odbiorców. Arctic Monkeys w takiej roli nie występują. Postanowili zrobić wszystko, by zyskać miano najlepszego zespołu rockowego XXI wieku i istnieją silne przesłanki pozwalające stwierdzić, że na obecną chwilę już ten cel osiągnęli. Nie mam wątpliwości, że takie zespoły jak Kings of Leon czy The Strokes dawno zostawili w tyle. Dodatkowo, w co też trudno uwierzyć, panowie nie robią nic, by zaistnieć na pierwszych stronach gazet – żadnych skandali, zapaści, spektakularnych kłótni. W dzisiejszych czasach bronić się tylko muzyką to rzecz wręcz dziwaczna i tym bardziej godna docenienia. Sami przecież zapewniają, że nie chcą stracić tego, co udało się im wypracować.

Metamorfozy muzyczne Arctic Monkeys są niezwykle ciekawe. W krótkim odstępie czasu przeszli daleką drogę, ale paradoksalnie nie sposób mówić o rewolucji, co potwierdza fakt, iż na koncertach dysonansów nie słychać. To raczej łagodna droga do ideału, bez wertepów i nagłych przeskoków, w której olbrzymią rolę odegrało spotkanie Josha Homme’a z Queens of the Stone Age pełniącego niejako rolę mentora. Na “AM” panowie z Sheffield są bardziej amerykańscy (w końcu teraz mieszkają w Los Angeles), pogłębiają romans z bluesem, ulegają fascynacji r&b i uśmiechają się w stronę hip-hopu. O swoich korzeniach (The Stone Roses, The Smiths) na szczęście też nie zapominają, a i po raz kolejny dzielą się mocniejszymi inspiracjami (Black Sabbath). Sam pomysł na tytuł płyty został podkradziony Velvet Underground i ich albumowi “VU”, ale dość łatwo o refleksję, że nie tylko o tytuł tu chodziło.

W ten sposób powstał materiał, który idealnie nadaje się do nocnych spacerów, niekoniecznie po linii prostej (teledysk do “Why’d You Only Call Me When You’re High?” stanowi celną podpowiedź) i wielu innych ciekawych rzeczy, które o tej porze można robić – obrać kierunek do knajpy czy łóżka, zakochać się czy wczuć w rolę mizantropa. Niby na “AM” jest oszczędnie i nawet na chwilę nie pojawia się żaden zbędny dźwięk, ale po odtworzeniu w głowie pozostaje tyle wrażeń, że udałoby się z pewnością obdzielić nimi dziesiątki innych płyt. Zachętą do przesłuchania miały być dwa genialne single “R U Mine?” i “Do I Wanna Know?” i łatwo można było sobie wyobrazić, że w ten sposób zespół ujawnił to, co ma najlepszego do zaproponowania. Nic bardziej mylnego. Mimo że jest tu jeszcze kilka utworów opartych na mocnych riffach, to jednocześnie otrzymujemy ballady, ukłony w stronę glam rocka, falset Matta Heldersa, Nicka O’Malley’a i samego Homme’a czy przywołanie najlepszych momentów z początkowych dokonań. Od pierwszego dźwięku do ostatniego, ani na chwilę radość z obcowania z “AM” nie opada. Najgorszy jest jednak koniec, ale bynajmniej nie chodzi mi o jakość. Kiedy po wesołym ”Knee Socks” rodem z lat osiemdziesiątych nadchodzi finalne “I Wanna Be Yours” (z wykorzystaniem wiersza Johna Copper Clarke’a, którym zafascynował się Turner w szkole), to “repeat” na odtwarzaczu jest jedynym słusznym wyborem. Przesłuchać tę płytę raz to chyba jedna z największych zbrodni jakie można sobie zadać.

Co jeszcze tu urzeka? Alex Turner jako tekściarz już od początku zwracał uwagę. Te urokliwe, nierzadko przepełnione cynizmem czy grami intertekstualnymi liryki każą upatrywać w liderze grupy czołową postać w tej materii w całym muzycznym światku. Rzadko można spotkać artystę, który w taki sposób pisze o zdarzeniach doskonale wszystkim znanych (lub chociaż tym pukającym do bram trzydziestki). Gdyby kilkadziesiąt lat temu Morrissey i Jarvis Cocker siedli razem do pisania tekstów, to rezultat mógłby być właśnie taki. Turner tradycyjnie najwięcej uwagi poświęca kwestiom uczuciowym, ale robi to w taki sposób, że nigdy nie zbliża się do banału. Fragmentów, kiedy nogi się uginają jest tutaj mnóstwo (np. Drunken monologues, confused because / It’s not like I’m falling in love I just want you to do me no good/ And you look like you could).

Po “Favourite Worst Nightmare” twierdziłem, że Arctic Monkeys już nigdy nie nagrają czegoś tak dobrego. Wypluwam te słowa i się ich wstydzę. Panowie z miasta Sheffield od tygodnia znów są moim ulubionym zespołem. Jeśli tak ma wyglądać początek nowego rozdziału w historii grupy, to ja już robię na półce miejsce obok płyt The Smiths. Półce z podpisem: “zespół życia”.

Michał Stępniak