Arms And Sleepers – “The Organ Hearts”

Arms And Sleepers – “The Organ Hearts”
Expect Candy/2011

Ambientowo-trip hopowa podróż poza granice wyobraźni.

Arms And Sleepers, założony w 2006 roku amerykański duet, w którego skład wchodzą Max Lewis (samplery, klawisze) i Mirza Ramic (klawisze, bas) to przykład kolejnych artystów, którzy do muzyki elektronicznej wnoszą coś nowego i ani przez chwilę nie dają się zaszufladkować. Ich muzyka stanowi kontaminację trip hopu, ambientu i subtelnych, post-rockowych dźwięków. Dodatkowo znani są z intymnej, bardzo ciepłej atmosfery, wspieranej przez subtelne wokalizy. “Black Paris 86″ z 2007 to ich pełnometrażowy debiut, na którym dają trip hopowi nową twarz łącząc go z post-rockową eterycznością i jazzowymi inspiracjami. Kolejna płyta, “Matador” stanowi już połączenie chłodnego ambientu z trip hopową wrażliwością Amerykanów i jest dowodem zarówno na dojrzałość, jak i emocjonalność duetu, dlatego to dzięki niej zyskał on światową sławę. Po dwóch latach przerwy (w 2010 roku wydali tylko zremisowanego “Matadora”) Arms And Sleepers wracają z kolejnym albumem, który jest kolejnym krokiem naprzód i kolejnym zaskoczeniem.

Pisząc o eteryczności muzyki Maxa Lewisa i Mirzy Ramica miałam na myśli ten rodzaj chłodnego, pościelowego piękna, z jakich składają się najbardziej osobiste emocje każdego człowieka, a które duet potrafi umiejętnie wpleść w swoją muzykę. “The Organ Hearts” rozwija tę receptę, a nawet zdaje się iść krok dalej. To kolejna porcja hipnotycznych dźwięków, tym razem jednak chłodniejszych, bardziej krystalicznych, jak choćby w przypadku “The Afternoon Child”, “Reprise” czy nawet trwającego niespełna minutę “Serie Noire”. Sensualizm tej płyty skłania do poddania refleksji tego, co się zwie życiem chwilą, całej ulotności najmniejszych rzeczy, jakie sprawiają tyle szczęścia. Muzyka Arms And Sleepers to właśnie taka refleksja – opowieść o codzienności każdego człowieka, która przecież zawiera tyle niespotykanego nigdzie indziej piękna. Melancholijne “Atelier” może być hołdem złożonym sztuce, “A Smile In Sofia” to tylko (aż?) wspomnienia. Każda z kompozycji na tej płycie jest odrębnym dziełem, ale razem tworzą wyjątkowo spójną całość, czepiającą się najskrytszych emocji słuchacza.

Najnowszy album Arms And Sleepers kontynuuje melancholijną podróż “Matadora” i niejako ją dopełnia, a nawet przekracza. Przypomina mi się bowiem otwierające album “Kepesh”, które nie jest ani tęskne, ani eteryczne. Składające się z sampli podkreślonych przez bas i wysokie dźwięki klawiszy, a dopełnione momentami szemrzącymi, krótkimi wokalizami urasta do rangi najlepszego utworu na tym albumie. Dlaczego? Z racji śmiałego zwrotu panów z Bostonu w kierunku nadania ambientowym kawałkom bardziej energetycznego pierwiastka. Podobnie jest z “Tusk” i “I Sing The Body Electric”, ale potem znowu wraca pogłębiająca się melancholia.

“The Organ Hearts” to mimo wszystko dojrzały album, gdzie zaczyna brakować miejsca na tęsknotę, a powraca chłód. Dźwięki są organiczne, tak jak serca, o których Arms And Sleepers chcieli opowiedzieć. Nie zdziwiłoby mnie specjalnie, jakby kiedyś duet stał się ikoną trip hopu – tego nowego, idącego bardziej w kierunku ambientu i poszatkowanych, pulsujących dźwięków.

Monika Pomijan