Relacjeprzemek

Artur Rojek w Wytwórni

Relacjeprzemek

Artur Rojek w Wytwórni
Łódź/12.04.2014

Moc jest z nim!

Niewiele ponad tydzień po pojawieniu się na sklepowych półkach solowego albumu Artura Rojka, artysta zawitał do łódzkiej Wytwórni, aby zaprezentować nowy materiał live. Jego występ poprzedził support grupy Patrick The Pan, czyli Piotra Madeja wraz z kolegami. Tutaj ostrzeżenie: nie spóźniajcie się na koncerty, bo nigdy nie wiecie, kiedy zaczną się punktualnie. Ja do Wytwórni wpadłam punkt 20:00 i okazało się, że zespół już gra, a na dopchnięcie się pod scenę niemalże nie ma szans. Nie powiem, żeby sala wypchana publicznością do niemalże ostatniego miejsca mocno mnie zdziwiła, ale przyznam, że zrobiła na mnie wrażenie. Ale w końcu to koncert Rojka, ten wyczekany, upragniony, wypatrywany od 20 kwietnia 2012 roku, kiedy to gruchnęła wiadomość, że lider Myslovitz żegna się z zespołem.

Wracając do zespołu Patrick The Pan i ich krótkiego, bo ledwie półgodzinnego występu. Ciśnie mi się na klawiaturę suchar: nie ważna ilość, ale jakość. Grupa dała krótki, ale magiczny, ciepły koncert wypełniony cudownymi dźwiękami nasuwającymi na myśl podróże po Islandii czy szkockich wrzosowiskach. Już sama aranżacja sceny zwracała uwagę: tu i tam przysiadły czarne kruki, statyw mikrofonu obwieszony był z kolei małymi, świecącymi skowronkami (no dobra, nie znam się na ptakach, ale kruki i skowronki działają na wyobraźnię i są idealnymi przedstawicielami gatunku, jaki chciałabym zobrazować). Koncert miał akustyczny charakter, cichy i skupiony. Wprowadzał publiczność w stan wyciszenia się przed tym, co miało za chwilę nastąpić.

Rojek i jego zespół wniósł na scenę nieco inną energię. Zniknęły kruki i skowronki, zrobiło się chłodniej i ciemniej. Na pierwszy ogień poszły kompozycje ze “Składam się z ciągłych powtórzeń”: “To co będzie”, “Czas, który pozostał”, rewelacyjnie wykonana “Beksa”, w której rolę dziecięcego chóru spełniła cała grupa czy bardziej refleksyjne “Lato 76″. W następnej kolejności wykonane zostały kawałki z repertuaru Lenny Valentino: “Dom nauki wrażeń”, “Trujące kwiaty” oraz “Chłopiec z plasteliny”. Była to niewątpliwie atrakcja dla starszych miłośników muzyki Rojka, podobnie jak kompozycje z repertuaru Myslovitz, które znalazły się na set liście: “W deszczu maleńkich żółtych kwiatów” oraz “Good Day My Angel”. Nie są to szlagiery, które każdy kojarzy, był to więc doskonały test na “prawdziwego fana”. Większość osób obecnych w Wytwórni, śpiewających razem z wokalistą, zdała go celująco.

Podczas koncertu niezwykle dał się odczuć profesjonalizm, którego wymagało przygotowanie go. Sekwencje świateł dopracowane co do sekundy, idealnie zintegrowane z muzyką, nadające fantastyczny klimat przy każdym z kawałków. Doskonałe nagłośnienie, które wyciągało detale z brzmienia każdego z instrumentów oraz podkreślało nietypowy, tak charakterystyczny głos Rojka. Mogłabym przyczepić się do chłodu jaki bił ze sceny – wokalista dopiero po kilku utworach przywitał się z publicznością oraz przedstawił zespół – ale nie będę tego robić, bo absolutnie w niczym to nie przeszkadzało, nie psuło odbioru koncertu, nie sprawiało, że publiczność mogła poczuć się zaniedbana. Nie każdy artysta potrzebuje bogatej konferansjerki i zagadywania słuchaczy anegdotkami. Do Rojka jak najbardziej pasuje stonowany dystans i kontaktowanie się z publicznością wyłącznie za pomocą muzyki. Mam także wrażenie, że ta pierwsza solowa trasa koncertowa pokazała, w kim tkwiła energia i siła Myslovitz. Koncertu grupy z Michałem Kowalonkiem na wokalu słuchałam i oglądałam w Wytwórni w styczniu tego roku. Brzmiał ciekawie, ale brakowało mu tej dynamiki, wigoru, ognia, który był na koncercie Artura Rojka.

Z przyjemnością i ciekawością będziemy jednak śledzić dalsze poczynania zarówno Myslovitz, jak i Rojka.

Sandra Kmieciak