Relacjeprzemek

AUSTRAkcja

Relacjeprzemek

AUSTRAkcja
18.06.2011/Warszawa

Wreszcie pojawiła się w Polsce. Zaledwie na dwa koncerty, w małych klubach, ale i tak pokazała co potrafi.

Czekałam na ten koncert od pierwszego usłyszenia “The Beat and the Pulse”. Mroczne, syntetyczne klimaty i niemieszczący się w standardach głos wokalistki to mieszanka, obok której nie można przejść obojętnie.

Wyśniony, wymarzony, wyczekany koncert nie obył się bez problemów technicznych. Po długich próbach tuż przed koncertem, okazało się, że efekty nie działają. Winnym opóźnieniu okazał się kabelek od laptopa. Szybka podmiana felernego sprzętu i perkusistka zaczęła z nonszalancją obijać bębny, koncert ruszył. Nie wiem czy to przez tę awarię, czy złożyły się na to inne wewnętrzne i zewnętrzne czynniki, ale już nic nie było takie samo…

Jeszcze zanim ktokolwiek z zespołu wypowiedział słowo do mikrofonu, zaskoczyli widzów stylizacją. Opięte getry klawiszowca czy wielka pomarańczowa koszula wokalistki i jej ogromne koturny sprawiały wrażenie przeniesienia w inną epokę. Każdy z artystów był jakby trochę z innej bajki i innego lumpeksu. Oszczędna w choreografii wokalistka, występ nadrabiała chórkami, na uwagę zasługiwały też kocie ruchy a’la Eric Prydz w wykonaniu klawiszowca.

W kwestii wokalnej, mile zaskoczyły przede wszystkim umiejętności głosowe Katie Stelmanis. Jako dziecko masteringu, święcie przekonane, że nie każdy, kto ładnie brzmi na płycie ma takie same zdolności na żywo, zdębiałam, gdy Katie nonszalancko gestykulując rękoma śpiewała altem wysokie solówki z “Lose It”, jakby to była błahostka. Głos zarówno wokalistki, jak i nie mniej uzdolnionych chórków, dźwięczał w małym klubie, niósł się ponad publicznością, hipnotyzując słuchaczy.

Klasyczne wykształcenie muzyczne kanadyjki ujawniło się również na jej zachowaniu: przy każdej piosence pani Stelmanis gestykulowała rękoma, niczym rasowy dyrygent operowy.

Mimo całej cudowności koncertu, coś jednak nie zadziałało. I nie był to kabelek, ani efekt z laptopa. To “coś”, co powinno nadać flow koncertowi i porwać słuchaczy, nie porwało. Głos zamiast przeszywać, ulatywał nad publicznością, a sama gwiazda odniosłam wrażenie, że potraktowała słuchaczy trochę oschle. Nie wymagam, żeby rzucała się w publikę i deklarowała miłość do naszego kraju, jednak jedno “dziękuję” i jedno “thank you”, to dla mnie trochę mało.

Tekst & foto: Maria Grudowska