Babu Król – “Kurosawosyny”

Babu Król – “Kurosawosyny”
SeeYouSoon Recordings/2015

Ekscentryczny powrót króla.

U Kurosawy zawsze dużo gadają, ale nie jest to polski minimalizm (żeby nie napisać biedota), gdzie dwie głowy równo wykadrowane wzdłuż potylic, szyj i czubków opisują to, co przytwierdzone do nich sylwetki powinny odegrać. U Kurosawy mówi się całym ciałem – rozwścieczona postać zrywa się z maty, zrozpaczona osuwa się na nią, kamera goni za nimi, a w tle szaleje wichura, buchają płomienie, całe otoczenie zaczyna rezonować z taką intensywnością, że aż ma się ochotę wyjrzeć za okno i sprawdzić, czy drzewa rzeczywiście bywają tak niespokojne. Kurosawosyny odziedziczyli tę niezwykłą zdolność do stymulowania receptorów swoich odbiorców, zmienili jedynie nacisk z doznań wizualnych na dźwiękowe.

Pierwsze zetknięcie z “Czerwienią” może przypominać próby odnalezienia się w zawiłej fabule “Rashomona”. Padają jakieś słowa, zdania, które nie do końca do siebie pasują, przerywają im krzyki, chórki, podsycają elektroniczne bity rodem z filmu science-fiction i krztuszące się bity wystukiwane na perkusji. Jeszcze dziwniej jest w przypadku “Mini” – kawałek zaczyna się od brostepowego młócenia zakłócającego melorecytowany tekst (napisałbym, że jest to coś pomiędzy Skrillexem a Leonardem Cohenem, ale pomiędzy nimi zawiera się niemal cała znana człowiekowi muzyka), po trzech minutach przemienia się w erotyczną kołysankę, a pod koniec odbija w kierunku miłosnego manifestu z rockową sekcją rytmiczną i odgłosami przypominającymi wystrzały z pistoletów laserowych. Przy tych wszystkich wątkach nie można zrobić niczego gorszego od nakładania na siebie filtrów interpretacyjnych. Do tego albumu nie ma klucza, nie można nie zdać egzaminu z jego odczuwania, bo tak naprawdę jest to historia słuchacza swobodnie unoszącego się na fali chaosu, a nie zdeterminowanego do odkrycia “co autor miał na myśli”. Jeżeli nie dacie się ponieść, to zatoniecie.

Zabrzmi to niewiarygodnie, może nawet jak kalumnie, ale kiedy ten, co jest bałaganem i ten znany jako deser na bazie mleka interpretacjami Stachury chełpili się dumnie, wiary bym nie dał, że będzie to ich przebojowe oblicze, a teraz siedzę i męczę się, nieparzyste uderzenia w werbel liczę. Synowie Steda i Kurosawy choć bez tęczy na profilowym, prawem wolności przetasowali nuty i słowa w szaleństwie bezkompromisowym. Porównania wraz z nazwami gatunków piętrzą się w miarę słuchania, prawda jest jednak taka, że gdy co minutę narzucają się skojarzenia, muzyka bardziej podobna jest do siebie samej niż do dziennikarskiego wyobrażenia. Znajdą się tacy, dla których król będzie nagi, ale nie zawiedzie się ten, kto w ekscentrycznych brzmieniach gustuje, “a wszystko to prawda, bo się rymuje”.

Jarosław Kowal