Bajzel – “Bajzel”

bajzel-okaadka.jpg Bajzel – “Bajzel”

“Don’t be frustrated, should be relax!” przekonuje Bajzel w jednym ze swoich utworów. Ale mimo jego nalegań zrelaksować się nie mogę przy jego debiutanckiej płycie. Sfrustrowana też nie jestem. Płyta “Bajzel” nie zachwyca, ale w pewnym stopniu przyciąga uwagę. Trudno nazwać ją genialną, ale określenie jej jako słabej też nie byłoby prawdą. Co zatem zrobić z tym Bajzlem?

Być może złym znakiem była już moja pierwsza myśl, kiedy zobaczyłam okładkę płyty. Dość toporna, bez polotu. Nie jest to okładka, na którą zwróciłabym uwagę będąc w wielkim sklepie muzycznym i przeglądając płyty wg ich szaty graficznej. Wszak o ile nie szata zdobi człowieka, tak płyty jest dość integralnym składnikiem. Pocieszając się myślą, że mimo wszystko jest tylko składnikiem jak najszybciej chciałam przejść do części zasadniczej i przesłuchać krążek.

Bajzel, nazywany człowiekiem-orkiestrą, swoją muzykę tworzy sam jak ten przysłowiowy palec. Na koncertach też występuje sam. Trudno w to uwierzyć, bowiem jego muzyka brzmi jak stowrzona przez kilkuosobowy skład. Obrotny chłopak. Tworzy sample perkusyjne, dokłada gitarę, wokal i proszę bardzo, otrzymuje swój własny, charakterystyczny styl. Pytanie nasuwa mi się tylko o cienką granicę pomiędzy “charakterystycznym stylem” a “nudą i monotonią na płycie”. Nudy raczej nie można Bajzlowi zarzucić, może chwilami męczą podobne rytmy i riffy, ale tutaj od razu włącza się czerwone światełko, że przecież robi to wszystko sam, a ręce ma tylko dwie. Plus za “Window” z pewnością się należy, piosenka zwraca na siebie uwagę spośród innych kompozycji na płycie. Nie dziwi fakt, że została wybrana na singiel. “Bull Shit” też wychodzi z walki o zainteresowanie słuchacza z tarczą, a nie na niej. Króciutki “Boby M” jest ciekawym eksodosem tego krążka.

Stylu Bajzla nie da się jednoznacznie określić, bajzel jest w tym wypadku nazwą znaczącą. Miesza się tu disco, techno, reggae, rock. I wiele, wiele innych płynnie przenikających się gatunków, które razem tworzą spójne kompozycje. Podsumowując: za Bajzlem przemawiają takie atuty jak jego samowystarczalność, wypracowanie jednolitego, symptomatycznego stylu, który pozwala na nieznaczne odgięcia od normy i stworzenie utworów, które urozmaicają album i są odskocznią od takich kawałków jak np. “Sun”. Tutaj czas na minusy. “Odgięć” jest troszkę za mało. Moim zdaniem płyta dobra dla młodzieży lubiącej pogować pod sceną.

Sandra Kmieciak