Relacjeprzemek

Bawmy się dobrze

Relacjeprzemek

Bawmy się dobrze
5.10.2013/Kraków

Sobotnia noc z Markiem Sultanem w Pięknym Psie.

Masz głowę pełną pomysłów i kochasz rock’n'roll, udzielasz się w tysiącu projektach, grasz, śpiewasz. Jedziesz do obcego kraju zagrać koncert dla garstki ludzi, w przebraniu, ze sceny mówisz radosne głupoty.

Idziesz na koncert bez towarzystwa, jak zresztą tysiące razy, ale dzisiaj akurat ci to przeszkadza. Dzisiaj akurat wciskasz się w najciemniejszy kąt klubu i udajesz, że cię tam nie ma.

Ja jestem sama i on jest sam.

Często zapomina się o tym, jak stresujące może być granie koncertów. W sobotni wieczór w krakowskim klubie ktoś zaczął krzyczeć do wykonawcy, żeby przestał śpiewać (delikatnie rzecz ujmując). Pan młody nie jest, ale pewien dyskomfort uwidaczniał w paradoksalny sposób – mówiąc o tym, jak bardzo się nie przejmuje. Jeśli wam się podoba jak gram, to super, jeśli nie, to możecie wyjść, nie ma sprawy. I słusznie, nikt przemocą publiczności na koncertach nie trzyma. Wykonawca za to musi wywiązać się ze zobowiązań. Najczęściej ma przy tym, jak Mark Sultan, szczery zamiar dostarczenia widzom dobrej zabawy. I dostarczył, a nawet nie tylko – ale tu już wchodzimy na teren indywidualnych przeżyć, co zdaje się nadaje bardziej na jakiegoś blogaska. Czas zatem przejść od enigmatyczno-pitolarskiego, być może przyciągającego uwagę swą nietypowością wstępu, do konkretów.

Pan przebiera się rzeczywiście za sułtana, nakładając fioletową sukmanę i stylowy turban. Gra na dwóch bębnach przy pomocy bosych stóp i na jednej gitarze elektrycznej, dodatkowo wzbogacając muzykę śpiewem. Głos ma bardzo przyjemny, krzyczy elegancko, wyciąga wysokie tony bez zarzutu. Sobotni repertuar składał się ze skocznych piosenek, często o miłości, wykonywanych z nielicznymi przerwami. Punk, rock garażowy, dużo energii, ale również przyjemnych melodii. I cover Rolling Stones.

Poczucie humoru sułtan reprezentuje dosyć przaśne, dość wspomnieć, że była mowa o GG Allinie… A gdyby komuś było jednak nie dość, to na koniec, po bisie (na który publiczność, nieliczna, ale ubawiona, czekała dość długo, choć nie tak drastycznie długo, jak na sam koncert…) wykonawca dał się przekupić kieliszkiem wódki i zagrał “We’re Sinking” – okazało się, że utwór ma wiele wspólnego z seksem międzygatunkowym. Gdyby ktoś chciał rozruszać wyobraźnię podaję słowa kluczowe: łoś, królik i jeleń.

Całość była bardzo sympatyczna, a jako post scriptum chciałabym przypomnieć o tym, że do ludzi rozmawiających na koncertach powinno się strzelać, nie wspominając już o tych ubliżających wykonawcom.

Katarzyna Borowiec