Behemoth – “The Satanist”

Behemoth – “The Satanist”
Mystic Production/2014

Szelmostwa niegrzecznego chłopca…

- Być potężnym, to tak samo jak być damą. Jeśli musisz zapewniać, że nią jesteś, to nie jesteś… - to słowa Margaret Thatcher. Parafrazując, z muzyką rzecz ma się podobnie – prawdziwy artysta nie musi wciąż zapewniać, jaki to jest wielki, on po prostu taki jest. Dlatego właśnie Nergal nie musi robić nic! Absolutnie nic.

Sieje zgorszenie swoim kontrowersyjnym wizerunkiem i podejściem do wielu spraw, budzi skrajne emocje, przez zagorzałych katolików zapewne został już dawno wyklęty ze społeczeństwa, a miłośnicy rorat i kółka różańcowego pewnie najchętniej zesłaliby go na dno piekielne bądź na Syberię. Bez wątpienia można by długo dywagować, nie zmienia to jednak faktu, że Behemoth to potężny zespół, a sam Nergal wielkim artystą jest. Co po raz kolejny widać na przykładzie ich muzycznego dzieła, jakim w tym przypadku jest album “The Satanist”.

Szatański, piekielnie precyzyjny, ekstremalnie diabelski, mroczny, demoniczny, różnorodny (momentami rockowy w “The Satanist” czy “Messe Noire”), przestrzenny, wielowątkowy (“O Father O Satan O Sun!”), urozmaicony występem Michała Łapaja z Riverside, grającego na organach Hammonda i Polskiej Filharmonii Kameralnej), a do tego otoczony atmosferą nieprzyzwoitości. Krótko mówiąc, arcydzieło z gatunku black/death metalu. Poprzedni krążek (“Evangelion”) był perfekcyjny pod względem technicznym, w “The Satanist” jest nieco inaczej, stylistyka wydaje się być odświeżona i przede wszystkim płyta jest bardziej klimatyczna. Nadal utrzymuje wybitnie wysoki poziom narzucony przez panów z Behemoth, ale muzyka mniej męczy, nie przytłacza słuchacza lawiną dźwięków. Mocne, zdecydowane riffy, blasty i przejścia Inferno (“Ben Sahar”), intensywny, pulsujący bas Oriona, intrygujący wokal Nergala (melorecytacja w industrialnym “In The Absence Ov Light”), niepokojące bębny (w “Amen”), epicki nastrój (“Blow Your Trumpets Gabriel”) i szczypta inspiracji, o których z resztą Nergal oficjalnie mówi (np. motyw w “O Father O Satan O Sun!” ukształtowany na podobieństwo utworu Led Zeppelin “Kashmir”). Wszystko spójne i przemyślane.

“Viva Blasfemia!” – padają słowa w “Ora Pro Nobis Lucifer”, ja mogę do tego dorzucić: Viva Behemoth! Z kolei w “In the Absence ov Light” pojawia się fragment z twórczości Gombrowicza (“Ślub”): – Odrzucam wszelki ład, wszelką ideę, nie ufam żadnej abstrakcji, doktrynie, nie wierzę ani w Boga, ani w Rozum! Dość już tych Bogów! Dajcie mi człowieka! (…) – Fakt, można być ateistą, zwolennikiem chaosu i nie wierzyć w rozum, ale w drugiego człowieka czasem warto uwierzyć (w końcu to poniekąd koncept tego albumu), zwłaszcza jeśli mowa o Nergalu. On nigdy nie zawodzi (na płaszczyźnie muzycznej). Bawi się muzyką i drwi ze wszystkich, wodzi za nos i doprowadza do szaleństwa niczym tytułowa dziewczynka w powieści “Szelmostwa niegrzecznej dziewczynki” (Mario Vargas Llosa). Po zetknięciu z Nergalem, już nic nie jest takie samo jak przedtem… Na razie “The Satanist” to najlepsza płyta tego roku. Bezapelacyjnie!

Aneta Wieczorek