Relacjeprzemek

Belgijski Wielki Post

Relacjeprzemek

Belgijski Wielki Post
Zottegem, Belgia/18-20.04.2014

Relacja z Dunk!festiwalu.

Do tej pory Wielkanoc kojarzyła mi się z jajkami, mazurkami, kiełbasami i śmigusem. Od tego roku kojarzyć mi się będzie z wielkim post-rockiem, grupą muzycznych entuzjastów, pysznym belgijskim piwem i festiwalową aurą, bowiem w tym roku porzuciłam pisanki i stół zastawiony jedzeniem na rzecz 3 wspaniałych dni na DUNK!festiwalu!

Pisanie o tym, że tegoroczna edycja miała fenomenalny line-up mija się trochę z celem, bo co roku oglądając listę wykonawców, którzy przyjadą do Zottegem stwierdzam, że jest to skład jak z bajki. No bo jak nie zachwycić się festiwalem, na którym pojawiają się And So I Watch You From Afar, Sleepmakeswaves, God is an Astronaut, Ef, Tides From Nebula, Lost in Kiev, Ufomammut, Arms and Sleepers czy Lymbyc Systym? Powiem Wam, że w rzeczywistości taki line-up wygląda nawet lepiej niż na papierze. Przyznam, że opisanie tych koncertów sprawia mi trochę problemów, bo poza nielicznymi wyjątkami podobało mi się wszystko co zobaczyłam i usłyszałam. To może zacznijmy od tych co zawiedli, choć nie ma tu się co za długo rozwodzić. Po pierwsze Exxasens, czyli dość kiczowaty twór z Hiszpanii, który w post-rockowe brzmienie postanowił wpleść trochę dyskotekowej elektroniki tworząc dla mnie coś bardzo niestrawnego. Ciężki do przełknięcia okazał się również belgijski skład Steak Number Eight, czyli grupa młodziaków hałasująca na gitarach i wydzierających się wniebogłosy. Nie można zarzucić im braku talentu, bo wszystko brzmiało bardzo profesjonalnie, dla mnie jednak trudne do zniesienia. Podobnie było w przypadku Year of no Light, którzy zaprezentowali parny i bardzo ciężki post-metalowy set – niestety nie na moje nerwy. Nie zachwycili też The Seven Mile Journey prezentując post-rocka w najnudniejszej jego odsłonie. Ale na tym koniec marudzenia, przejdźmy zatem do miłej części.

Festiwal rozpoczęli w piątek Brytyjczycy z Alright the Captain, którzy po raz pierwszy wystąpili w pięcioosobowym składzie, co zaowocowało dość osobliwym zjawiskiem, bowiem panowie grali trójkami – perkusista plus dwóch gitarzystów (lub gitarzysta i basista), którzy wymieniali się co utwór, aby pozostali dwaj mogli się nastroić… i porobić zdjęcia. Mimo tego dziwacznego ustawienia scenicznego i podziału ról panowie zagrali piękny math-rockowy zestaw, który momentami ocierał się gdzieś o brzmienia, jakie znamy i kochamy w ASIWYFA. Tak dobre rozpoczęcie festiwalu miało godnego następcę, czyli Terraformer, którzy zamiast zagrać na scenie rozłożyli swój sprzęt na niewielkiej polance w lasku przyległym do terenu festiwalu. W tej sielankowej atmosferze zaserwowali nam dawkę głośnego, energetycznego, gitarowego grania. Był to najlepszy piątkowy występ obok gwiazdy wieczoru. Kolejnym miłym akcentem tego dnia były dwa świetne występy na małej scenie, oba jednoosobowe, oba tak różne a za razem tak podobne. Pierwszy z nich to Zero Absolu, drugi Arms and Sleepers. Nie sądziłam, że jedna osoba może stworzyć aż tak realnie złudzenie, że przed tobą na scenie gra pełen zespół. Zero Absolu przy pomocy, komputera, zestawu perkusyjnego, klawiszy, gitary i własnego wokalu tworzy złudzenie przynajmniej 4-osobowego składu rockowego wypełniając całą przestrzeń swoją muzyką. Arms and Sleepers natomiast już tylko przy użyciu elektronicznych czarów przenosi słuchacza w świat eksperymentalnych i dość leniwych, choć połamanych brzmień. Ostatnim zespołem tego dnia był długo wyczekiwany przeze mnie And So I Watch You From Afar. Panów widziałam 4 lata wcześniej w stołecznej Hydrozagadce i od tego czasu, mimo moich wielkich chęci, nie udało mi się z nimi spotkać. W międzyczasie Irlandczycy zdążyli nagrać 2 świetne albumy, na szczęście piątkowy wieczór nie zabrakło utworów z debiutu oraz EP-ki “Letters”. Energia jaka towarzyszyła ich występowi udzielała się chyba wszystkim zgromadzonym pod sceną. Rory Friers z towarzyszami wypełniali niemal każdy centymetr kwadratowy sceny, a gdy tego było mało, przenieśli się na barierki oddzielające fanów od sceny. Gorący, energetyczny i zakończony przepięknym “The Voiceless” występ na pewno na długo pozostanie w sercach dunkowej publiki. Ale chyba nie tylko, gdyż ze sceny również padały zapewnienia jakoby był to jeden z lepszych koncertów jakie udało się ASIWYFA zagrać. Rory przyznał nawet, że mimo że są tak daleko od Belfastu, to czują się jakby grali w domu.

Dzień drugi rozpoczął się dość wcześnie, bo o godzinie 13:00 na głównej scenie pojawili się Holendrzy z Mannheim robiąc miłą niespodziankę i serwując nam jeden z lepszych koncertów tego dnia już na otwarcie. Post-rock mieszał się tu z post-metalem do tego zakrapianym dźwiękiem saksofonu tworząc piękne, melodyjne i głośne brzmienie, które balansowało gdzieś między Zu, Shining a postrockowymi klasykami. Jeśli jeszcze nie znaliście, polecamy zaprzyjaźnić się tymi panami. Następni w kolejce do pochwał stoją Upcdownc, którzy swoją wizję post-rocka uzupełniają o brzmienie mooga i bardzo chwytliwe gitarowe riffy. Do tego dodają jeszcze niesamowicie energicznego basistę, który przestawał skakać po scenie tylko kiedy przestawiał się na klawisze. Sobotni dzień to również dwa świetne koncerty na małej scenie, czyli belgijska Industroika oraz amerykański duet Lymbyc Systym. Oba prezentujące elektroniczne, połamane i trochę niepokojące, ale za razem taneczne oblicze muzyki. Pierwsi romansują z krautrockiem, drudzy z elektronicznym postmodern rockiem. Miła odmiana po ciężkich gitarowych dźwiękach dobiegających z głównej sceny. Niekwestionowanymi gwiazdami sobotnich koncertów byli Sleepmakeswaves oraz nasi rodacy z Tides from Nebula. Sleepmakeswaves już nie raz mięli okazję polskim fanom pokazać na co ich stać i muszę przyznać, że to, co zaprezentowali na Dunku jedynie w części pokrywało się z tym, co potrafią. Nadal było głośno, nastrojowo, energicznie i dobrze, zabrakło jednak tego czegoś, tego “faktora wow”, który towarzyszył ich klubowym koncertom. Nie zmienia to jednak faktu, że nadal jest to jeden z lepszych koncertowych zespołów, jakie widziałam. Tides from Nebula natomiast zagrali swój koncert na 100%. Rozkochali w sobie belgijską publikę, ale nie ma się czemu dziwić, bo panowie to profesjonaliści, którzy swój talent pokazują i w kompozycjach i w graniu na żywo. Z dumą stałam w wypełnionym namiocie i patrzyłam jak Tidesi gromko oklaskiwani są po każdym utworze. Czapki z głów!

Niedziela. Nie zwalniamy tempa. Na dużej scenie grają Lost in Kiev, znowu już na dzień dobry serwując nam jeden z lepszych koncertów dnia. To już chyba taka dunkowa tradycja, że każdy dzień otwiera się i kończy z przytupem. Lost in Kiev to dość mroczne i niepokojące oblicze post-rocka z równie niepokojącymi wizualizacjami. Zaraz po nich na scenie pojawili się Indignu grający piękną, nostalgiczną hybrydę pomiędzy post-rockiem i shoegazem. Bogate instrumentarium uzupełnione przez skrzypce i klawisze oraz śrubokręt służący jako smyczek do gitary uwodzi słuchacza, który daje się ponieść. Mnie na chwilę ukradli, choć dość szybko wróciłam na ziemię. Dłużej w błogim stanie utrzymał mnie Halo of Pendor, czyli Daniel Ohman, na co dzień grający w szwedzkim zespole Ef, który na Dunk!festiwalu miał również okazję zaprezentować swoje singer-songwriterskie dziecko. Halo of Pendor to głównie nostalgiczne piosenki o miłości, niezwykle piękne i delikatne. Chwila na oddech i pobujanie w obłokach. Parę chwil później, na tej samej scenie zaprezentował się thisquietarmy, czyli ambientowy, jednoosobowy projekt z Kanady, który miesza gitarowe drony z elementami post-punku, krautrocka, a nawet doom metalu. Kolejna jednoosobowa orkiestra, która przeniosła słuchaczy do hali pełnej instrumentów. Niestety zbliżamy się do końca. Na dużej scenie pojawiają się Ef, jedna z moich większych postrockowych miłości. Panowie zaprezentowali parny, wypełniony podniosłymi dźwiękami set, w którym ku mojemu olbrzymiemu zaskoczeniu pojawiło się “Longing for Colors”. Ten piękny prezent zawdzięczamy pojawieniu się na scenie zaprzyjaźnionej z zespołem, belgijskiej wokalistce. Dla mnie był to kulminacyjny moment festiwalu, którego nie udało się pobić God Is an Astronaut, którzy zagrali co najwyżej poprawnie. Po przeczytaniu relacji moich redakcyjnych kolegów z koncertów we WrocławiuKrakowie, wiem, że mogłam spodziewać się po nich więcej. A tak poza dużą ilością latających w powietrzu włosów i elektronicznym wstawkom, które balansowały na granicy kiczu, otrzymaliśmy dobry, choć nie rewelacyjny koncert. I tak zakończyła się 10., jubileuszowa edycja Dunk!festiwalu.

Na koniec trochę o samym festiwalu. Dunk! to dzieło 4 ludzi, jednej rodziny, matki, ojca i dwóch synów Lievens. To właśnie oni 9 lat temu postanowili spełnić swoje marzenie i powołać do życia to wydarzenie. Oczywiście 10 edycji później mają grono pomocników jednak to nadal na ich barkach spoczywa ciężar (i przyjemność) ciągnięcia tego wózka. Ale za to jaki fantastyczny to wózek. Dunk! to mały, ale przesympatyczny festiwal. Uczestnik poza dozą rewelacyjnej muzyki otrzymuje również darmowy camping – na którym można spotkać miłośników post-rocka z całej Europy, darmowe śniadanie – aby mieć siły na machanie szyją na koncertach, darmową kawę – aby ogrzać lekko zmarznięte od kwietniowych temperatur ciało oraz okazję do wypicia pysznego belgijskiego piwa w rozsądnej cenie w towarzystwie swoich ulubionych muzyków, bowiem backstage na tym festiwalu to kwestia bardzo umowna, a muzycy szwendają się po “strefie gastro”. W dodatku jeszcze na żadnym festiwalu nie zdarzyło mi się jeść tak dobrego jedzenia. Oczywiście były frytki z majonezem, zupa tajska, chilli con carne, a w niedzielę olbrzymie talerze paelli do wyboru z warzywami albo owocami morza. Grzechem byłoby również nie wspomnieć o wolontariuszach, którzy z uśmiechem pomagali w nawet najgłupszych problemach. Dunk! to po prostu festiwal, na który chce się wracać i to nie tylko ze względu na muzykę, ale również na panującą tam atmosferę! Zatem jeśli kochacie post-rocka i nie chcecie spędzać kolejnych Świąt Wielkanocnych przy stole wcinając mazurki, to może warto zastanowić się nad wycieczką do Belgii na jeden z najlepszych festiwali jakie miałam szczęście odwiedzić. Ja tam z pewnością będę. Do zobaczenia Dunk!festival 2015!

Gosia Lewandowska