Relacjeprzemek

Festiwalowe lato w pigułce – relacja z Berlin Festival, cz.1

Relacjeprzemek

Festiwalowe lato w pigułce – relacja z Berlin Festival, cz.1

O koncertach Blur, Pet Shop Boys, Fenech-Soler i nie tylko.

Na początek trochę ckliwych wyznań. Nie wiem, gdzie zaprowadzi mnie uwielbienie Berlina, ale z każdym kolejnym powrotem do Polski wiąże się coraz większa depresja i coraz mniej miejsca w sercu dla innych miast pozostaje. Daleko mi wprawdzie do przerabiania tekstów utworów i podśpiewywania pod nosem, np. One day we’re gonna live in Berlin, I promise, I’m on it, ale końca wakacji bez Berlin Festival nie jestem sobie w stanie zupełnie wyobrazić. To byłby mój ostateczny upadek i nawet jak kupię sobie za dziesięć lat psa, to będzie on musiał sobie radzić przez kilka dni beze mnie…

Intro

Cała zabawa festiwalowa rozpoczęła się w środę od First We Take Berlin, czyli takiej młodszej siostry Berlin Festival (posiadacze karnetów mieli darmowy wstęp na wszystkie koncerty). W dziewięciu klubach zlokalizowanych w dzielnicy Kreuzberg można było bawić się przy rytmach mniej lub bardziej znanych wykonawców, a najczęściej (dla mnie) totalnie anonimowych. Pierwszy dzień stanowił w moim przypadku istny festiwalowy falstart, ale tak to jest, gdy przygotuje się kretyński plan. Oto bowiem postanowiłem posłuchać zbyt wiele, dokonałem złych wyborów i w konsekwencji częściej niż w klubach spędzałem czas na ulicach. Nie ma bowiem co ukrywać, że line-up, klimat panujący na Kreuzbergu oraz olbrzymia chęć skosztowania jak największej ilości niemieckich browarów (wygrywa zdecydowanie Berliner Kindl Pils, głównie za stosunek jakości do ceny) sprawiały, że w pewnym momencie koncerty zeszły na dalszy plan lub też sprowadzały się do wejścia do klubu, obejrzenia maksymalnie dwóch utworów i stwierdzenia “raczej nie warto”.  Dodatkowo wypady do klubów nie kończyły się w kilku przypadkach najlepiej i można było sobie tylko zadać karę (np. karny browar) za to, że nie chciało się sprawdzić w Internecie, czy nie nastąpiły jakieś zmiany w rozpisce. Kiedy bowiem zapragnąłem spełnić patriotyczny obowiązek i zobaczyć koncert Brodki, ta okazała się być blondynką ze Skandynawii śpiewającą tak okropnie, że po jednym utworze uciekłem, zapominając od razu nazwy. Kolejnym punktem był dylemat Jagwar Ma czy London Grammar. Postanowiłem dać szansę tym drugim i sprawdzić, czy naprawdę są tak słabi koncertowo jak na Tauron Nowa Muzyka. Niestety, nie dowiedziałem się, bo oto na scenie zamiast Hannah Reid (ponoć choroba) pojawił się ulizany młodzieniaszek nazywający się Thomas Azier. Tym razem szybka ucieczka też okazała się idealnym rozwiązaniem, bo mieszanka Hurts i czegoś w stylu One Direction nie pozwalała nawet tupnąć nogą, a raczej zacisnąć dłonie na uszach. Pytanie zadane organizatorom katowickiego festiwalu: “Kogo dzisiaj odwołujecie?” w Berlinie nabrało zupełnie innych, sensowniejszych wymiarów.

Pierwszego dnia First We Take Berlin zdecydowanie najbardziej interesował mnie projekt o nazwie Roosevelt. W klubie o uroczej nazwie Chalet poczułem się dość swojsko, bo swoim wyglądem przypominał obskurne krakowskie knajpy, w których dwa lata temu nie wytrzymały schody. Obawy o występ zespołu były dość spore, bo Matias Aguayo nie chciał kończyć swojego nieciekawego przedstawienia muzycznego i ustąpić miejsca lepszym. Kiedy już sobie poszedł, panowie z Roosevelt rozpoczęli proces instalacji trwający około 45 minut. W tym czasie w okolicach sceny (a raczej scenki, bo na oko mogło to mieć dwa metry długości i trzy szerokości) ustawiła się dość spora grupa publiczności i wyjście na spacer łączące się z przepychaniem przekraczało moje możliwości. Sam koncert rozpoczął się dość ładnie, bo też piosenki panowie mają dość ładne. Niestety, na dłuższą metę niesamowicie wyczerpujące. W pewnym momencie głos wokalisty zaczynał za bardzo przypominać ziewanie i, niestety, zaraziłem się i musiałem zatykać usta. Gdyby zamiast godzinki, Roosevelt zagrali 20 minut miałbym zapewne uśmiech od ucha do ucha, a nie powieki spadające na oczy.

Drugi dzień zaplanowałem już zdecydowanie pod konkretne koncerty i tak się pięknie złożyło, że niemal wszystkie odbywały się w jednym klubie. Wcześniej wprawdzie sprawdzałem w innych miejscach, co się kryje pod tajemniczą nazwą “Secret Act”, ale nie kryło się tam nic ciekawego. Docelowy klub nazywał się Astra Kulturhaus, a jego poszukiwania trwały kilkadziesiąt minut. Okolice miejscówki dość brzydkie. Najpierw znalazłem się w otoczeniu czarnoskórych mężczyzn, którzy nie potrafili zrozumieć, iż nie mam ochoty na zabawy z narkotykami, a później zamiast nich pojawił się samochód policji i w tym przypadku spożywanie alkoholu tuż przed jego maską oraz w otoczeniu mundurowych sprawiało mi dziką przyjemność (w Berlinie można pić piwo wszędzie).

Pierwszym koncertem, który dostarczył sporo radości był występ Jonathana Batesa w projekcie Big Black Delta. Artysta, wspomagany przez perkusistę, sprawił, że nie było opcji i stanie w miejscu okazałoby się zbrodnią zadaną ciału. W prywatnej klasyfikacji Bates otrzymuje ode mnie nagrodę za najlepszy taniec tegorocznych festiwali. Wyglądał na scenie jak bardziej rozrywkowa wersja Krzysztofa Ostrowskiego i można mu wybaczyć, że zamiast standardowego “thank you” czy bardziej odpowiedniego “danke”, wyrzucał z ust po każdej piosence coś w stylu: “pfff”. Utwór “Side of the Road” zabrzmiał tak cudownie, że nie było opcji i od razu zdecydowałem, że następnego dnia znów obejrzę ten koncert na Berlin Festival.

Po Big Black Delta na scenie zaczął się instalować Fenech – Soler , a proces ten zajął im dość dużo czasu. W konsekwencji panowie zmuszeni zostali skrócić swój występ do sześciu utworów, co paradoksalnie wyszło im na dobre. Raczej nikt nie zdążył się znudzić, nie męczyli mniej udanymi utworami i, choć nie darzyłem do tej pory tej kapeli większym uznaniem, po koncercie troszkę zmieniłem zdanie.

Na zakończenie dnia obejrzałem występ SOHN i do tej pory mam mieszane uczucia. Początkowo łagodny wokal i interesujące, elektroniczne podkłady dostarczały sporo emocji, ale stopniowo, z każdą minutą entuzjazm zaczynał opadać. Po prostu wszystkie utwory zaczynały się zlewać w jedno i pod koniec koncertu byłem już bardzo bliski położenia się pod sceną i przytulenia do podłogi…

Berlin Festival – dzień pierwszy

Berlin Festival idealnie nadaje się też dla wszystkich, którzy z rozmaitych powodów nie mieli okazji stawić się na żadnym z wakacyjnych festiwali i chcą nadrobić ewentualne straty. Otrzymujemy bowiem trochę takie “festiwalowe lato w pigułce, z bonusami”. Impreza  funkcjonuje na nieczynnym lotnisku Tempelhof i oprócz pasa startowego, zespoły i festiwalowicze mogą korzystać z hangarów, gdzie umieszczono m.in. sceny. Prezentuje się to niezwykle efektownie. O szczegółach potem, bo trzeba by opisać najważniejsze…

Top 3

1. Blur

Nie wiem, czy istnieje taka granica, za którą jest się w stanie powiedzieć, że już nie chce się oglądać koncertów Blur. Cóż, że występ na Berlin Festival był bliźniaczo podobny do tego z Open’era (niemal ta sama setlista, oblewanie wodą publiczności czy spektakularne upadki w czasie “Parklife”). Te piosenki są tak świetne i tak genialnie zagrane, że chwila, w której po raz ostatni panowie machają ze sceny rodzi natychmiast potworny smutek i nostalgię. Między utworami Albarn próbował mówić po niemiecku, stwierdzając, że kilkadziesiąt lat temu się go uczył, ale nie był już w stanie powiedzieć w tym języku kiedy to dokładnie było. Nie chciał mieszać muzyki z polityką, ale o sytuacji w Syrii zdarzyło mu się wspomnieć. Magicznych chwil było tutaj mnóstwo i w zasadzie brakuje słów, by to opisać – uczta, orgazm emocjonalny i intelektualny, czyste piękno wydają się niewystarczające. Nawet taki banał jak “dla takich chwil warto żyć” pasuje tu idealnie.

2. Pet Shop Boys

Przed wyjazdem na Berlin Festival duża część znajomych nie potrafiła zrozumieć, że jestem zainteresowany występem tej legendarnej grupy. Gdyby to zobaczyli, prawdopodobnie mogliby zmienić zdanie. Przyznam, że momentami było to kiczowate i dodatkowo trochę zawodziła technika (pod koniec występu zaczął zanikać na chwilę podkład), ale i tak przez większą część czasu uśmiech nie schodził mi z ust, a nogi nie chciały ustać w miejscu. Nie jestem jakimś wielkim zwolennikiem teatrów tańca, ale para tancerzy w maskach byka czy diabła momentami dodawała koncertowi sporo uroku. Oczywiście, najlepiej sprawdziły się przeboje sprzed lat, np. “Go West” w takim mieście jak Berlin musiało zabrzmieć magicznie. Do nagrań z nowej płyty jakoś zdążyłem się przekonać, więc i te łykałem przyjemnie.

3. Fenech-Soler

To przedziwne jak w 24 godziny można zmienić zdanie na temat zespołu. Koncert na Berlin Festival być może był troszeczkę za długi i premierowy materiał raczej nie sprawia, że płyty będę wypatrywał z niecierpliwością, ale muszę przyznać, że do zabawy zespół nadaje się idealnie. Nawet nie przeszkadzało mi to, że wokalista mówi niemal dokładnie to samo między utworami, co dzień wcześniej.

Co jeszcze?

Reszta wykonawców poziomem nie zbliżyła się nawet na kilometr do wyżej wymienionych artystów, co tylko pokazało młodszym miejsce w szeregu. Nieco zawiódł mnie występ Big Black Delta. Repertuar, co zrozumiałe, był niemal identyczny jak dzień wcześniej na First We Take Berlin, ale Jonathan Bates o 14 nie miał w sobie tyle energii co kilka godzin wcześniej w warunkach klubowych. Słabiutko zaprezentował się zespół The Sounds i sam dziwiłem się sobie, że kiedyś byłem w stanie ich słuchać. Wokalistka Maja Ivarsson robiła co mogła, ale nawet w ułamku procenta kapela nie jest w stanie się zbliżyć do swoich idoli, czyli Blondie. Dramatyczny był występ New Young Pony Club i w czasie jego trwania miałem wrażenie, że nic tu ze sobą nie gra – wokal sobie, instrumenty sobie. Entuzjastyczne zachowania publiki nie były zauważalne. Nie potrafiłem też za bardzo zrozumieć koncertu Bosnian Rainbows, czyli pobocznego projektu członków Mars Volty. Wokalistka w swoim zachowaniu na scenie była dość karykaturalna i zamiast wzbudzać emocje, na moich ustach pojawiał się drwiący uśmiech. Muzycznie też było to brzydkie. Podobnie mieszane uczucia miałem z The Villagers, bo też irlandzki zespół indie folkowy grał trochę tak jakby im się nie chciało, ale z drugiej strony jak ma się tak nudne piosenki to co zrobić? Generalnie scena Pitchforka okazała się najsłabsza z trzech największych, ale w ogóle mnie to nie dziwiło – w końcu nazwa Pitchfork do tego zobowiązuje.

Organizacyjny plus

Berlin Festival to doskonały przykład na to, jak można wyciągać wnioski i usprawniać funkcjonowanie festiwalu. Po kolejkach z zeszłego roku nie pozostało ani śladu. Jak ktoś się uparł, to mógł sobie wyjść do pobliskiego parku na lemoniadę i wracając nie zastał tłumów przed wejściem. Zrezygnowano również z absurdalnego dwukrotnego zerkania do toreb i plecaków. Nikt też nie sprawdzał mi kieszeni i nie macał w okolicach rozporka. W ubiegłym roku tragedią było korzystanie z toi-toiów i pisuarów. Przeanalizowano sytuację i zamiast dwóch takich wspaniałych miejsc, zrobiono cztery. Nic się nie wylewało, kolejek nie było, smród też jakby mniejszy. Zdecydowano się również na zmianę rozkładu scen i to też był dobry ruch, bo odgłosy z różnych koncertów nie nachodziły na siebie już tak często. Da się? Da się.

Ciąg dalszy nastąpi.

Michał Stępniak

fot.: Maria Grudowska