Best Coast – “The Only Place”

Best Coast - “The Only Place
Mexican Summer/2012

Po co nagrywać takie albumy?

Czasami po wysłuchaniu płyty jestem pełen podziwu dla wszystkich osób zaangażowanych w jej powstawanie. Ten podziw ma niejednokrotnie negatywne konotacje. Nie potrafię wyobrazić sobie, jak można nagrywać rzeczy potwornie nudne czy wtórne. Wiem, że punkt widzenia zależy od punktu siedzenia, ale bez przesady. Oto zespół Best Coast, po dość ciekawym debiucie, na płycie “The Only Place” totalnie rozczarowuje i to do tego stopnia, iż przebrnięcie przez cały materiał może wymagać zdolności nadzwyczajnych. W zasadzie jestem w stanie wyobrazić sobie, że w pewnych okolicznościach album da się zastosować jako torturę. Warto też zwrócić uwagę, że dla większości osób znających język angielski kontakt z płytą może zakończyć się stworzeniem nowej definicji terminu “żałosne”. W ten sposób, w moich oczach osoby odpowiedzialne za rejestrację nagrań czy mastering wydają się posiadać cierpliwość anielską.

“The Only Place” to gigantyczny krok wstecz. Nie będzie przesadą stwierdzenie, że Bethany Cosentino stała się parodią samej siebie. Nie śpiewa już piosenek o kotkach czy o problemach, które są doskonale znane nastolatkom. To kolejny dowód, że dorastanie nie wychodzi wielu osobom na dobre. Album stanowi idealne odzwierciedlenie muzycznego paskudztwa i w zasadzie podobać się może tylko tytułowy utwór. Zasadniczy problem polega na tym, że od niego zaczyna się płyta, a potem jest już po prostu nijak. Muzycznie nie ma żadnych niespodzianek. Producent Jon Brion postarał się o wygładzenie wszystkich elementów. Pewnie chciał, by efekt okazał się profesjonalny i był bardziej pop niż lo-fi. Niestety. Nie można tworzyć takiej muzyki, gdy się nie ma pomysłów na przeboje, a strategia oparta na powtarzaniu patentów to gwóźdź do trumny.

Jeśli jednak zdecydujemy się spróbować, to spotykamy się z krajobrazem dobrze znanym. Mamy słońce, Kalifornię i dziewczynę z problemami. Generalnie jest jej smutno, bo zaatakowana została przez nostalgię. Nie może więc dziwić, że nachodzą ją refleksje w stylu: My mom was right/I don’t wanna die/I wanna live my life. Najbardziej dziwne w takich momentach jest jednak to, że podmiot liryczny ma lat 24, a nie 13. Wszystkie liryki w zasadzie idealnie opisuje ten fragment: I used to believe in you and me / but now I believe in nothing. Tak też jest z tą płytą. Best Coast być może dobrze się zapowiadali i można było w nich wierzyć, ale teraz nie są w stanie zaproponować czegokolwiek interesującego. Idealnym rozwiązaniem byłoby zamknięcie się w szafie i przemyślenie strategii na nowo. Dziś para oferuje tylko jedno – nudę.

Michał Stępniak