Relacjeprzemek

Biedoedycja – relacja z Off Festivalu 2015

Relacjeprzemek

Biedoedycja – relacja z Off Festivalu 2015

Nawet słabszy Off to świetny festiwal.

Brak sponsora tytularnego było czuć. A jeśli ktoś miał wątpliwości – wystarczy zrobić sobie przegląd programów z dwóch-trzech ubiegłych lat i porównać do tegorocznego, by nie mieć wątpliwości: dziesięciolecia Off Festivalu nie świętowaliśmy na pewno poprzez dobór artystów. Mimo tego ta jubileuszowa edycja pełna była miłych zaskoczeń i ukrytych perełek, czyli tego, co w tym festiwalu najlepsze. Zabrakło “tylko” headlinerów – kilku artystów którzy przyciągnęliby do Doliny Trzech Stawów nieco więcej osób ponad tych zagorzałych fanów, do których należę, a którzy przyjeżdżają niekoniecznie po to, by zobaczyć coś, co już znają, ale po garść odkryć. I te odkrycia znaleźliśmy, a całą resztę wynagrodziła nam Patti Smith, która była gwiazdą godną pięciu innych.

Mało Polski

Tradycyjnie wszystkie trzy dni w Katowicach zaczynaliśmy od mniej lub bardziej młodych zespołów krajowych. Zabrakło nazw bardziej znanych, choć po festiwalu biegał Macio Moretti, który występował w jednym z tysiąca swoich projektów (tym razem LXMP), a w trójkowym namiocie ponoć legendarni Kinsky rzucali w widzów gazetami. Gdzieniegdzie w line-up powtykane były jeszcze projekty jazzowo-eksperymentalne, jak chociażby Innercity Ensemble.

Głównie jednak nasz kraj reprezentowali młodzi.  Spośród licznej grupy popołudniowych koncertów zahaczyłam o trzy. Hańba! to projekt bardzo pomysłowy – ze świetnym koncertowym intro od początku angażującym publiczność; krakowscy muzycy przenoszą widzów w lata 30. Muzycznie jest odrobinę mniej ciekawie, ale zabawa podczas występu świetna. Rycerzyki grają bardzo sympatyczny, przyjemny i niepozbawiony ambicji pop. Tutaj minusem jest niestety wokal, przynajmniej dla tych, którzy nie przepadają za wysokimi rejestrami damskiego głosu. Najlepiej poradzili sobie chyba Der Father, których największą wadą jest zapatrzenie w Laurie Anderson. Laurie jest wspaniała, więc zbrodnia całkiem zrozumiała i wybaczalna.

Girl Power

Pozostając przy piszczących kobiecych wokalach przejdziemy do Susanne Sundfor. Ta pani również drażniła moje uszy, aczkolwiek znalazło się sporo fanów tego brzmienia. Norweżka tkwi mocno w latach 80., momentami przywodząc na myśl Kate Bush. W tym roku na Offie mieliśmy bardzo fajną reprezentację kobiecą – czy to również znak biedoedycji? Może, choć nie chciałabym, by to interpretować w ten sposób: zawsze w programie powinno się znaleźć miejsce dla dobrych muzyków, niezależnie od płci.

W tym temacie nie można nie wspomnieć o The Julie Ruin, czyli projekcie Kathleen Hannah, która aktywnie zabiega o znalezienie miejsca dla pań na scenach muzycznych. Podczas koncertu na Offie reklamowała Girls Rock Camp, który funkcjonuje także w Polsce. Sam koncert The Julie Ruin był bardzo radosny, niepozbawiony punk rockowej arogancji i niedoróbek – fuck professionalism, jak stwierdziła liderka.

Warto wspomnieć o Ann Liv Young, choć moim zdaniem organizatorzy powinni nieco wyraźniej odróżnić ten występ od części koncertowej. Z muzyką ta performerka niewiele ma wspólnego – koszmarnie wyła do muzyki z laptopa. Jej występ umieszczony wśród występów muzycznych był kwestią podchwytliwą i, jak się okazało, dla niektórych bardzo przykrą. Young wyławiała z tłumu ofiarę i czepiała jej się zadając niewygodne pytania, raz nawet pobiegła ze sceny za uciekającą parą. Te konfrontacje były niełatwe i bardzo ciekawe – dlaczego nie jesteśmy czasem w stanie szczerze odpowiedzieć na proste pytanie, wolimy powiedzieć nie wiem i uciec, zamiast wyartykułować swoje uczucia?…

Amerykanka konfrontowała nas z popkulturowymi rolami i stereotypami z kręgu zachodniego, ale były na Offie jak zawsze także inne kultury. Piękny występ na scenie eksperymentalnej odbył się z udziałem Ogoyi Nengo & The Dodo Women’s Group. Ogoya to wokal główny, towarzyszyły jej dwie kobiety odpowiadające śpiewem i dwóch panów w sekcji rytmicznej. Afrykańskie zaśpiewy i porywający rytm, kolorowe spódnice i mocne głosy.

Przy tej okazji warto wspomnieć także o Hun-Huur Tu, zespole z Tuvy, w którym wprawdzie nie było ani jednej kobiety, ale który był również dawką egzotyki w offowym programie. Skoro z Tuvy, to wiadomo, co się działo – działy się śpiewy gardłowe, zupełnie olśniewający i przeszywający sposób śpiewania. Jeśli jeszcze nigdy czegoś takiego nie słyszeliście, polecam jak najszybciej naprawić ten błąd. Tuwińscy śpiewacy są w stanie wyczarować ze swoich gardeł tony od zupełnie mrocznych, do pogwizdujących, przywodzących na myśl delikatny blask wschodzącego słońca. Czterech panów oprócz niesamowitych umiejętności głosowych wyposażonych było jeszcze w piękne instrumenty z rzeźbieniami końskich głów. Śpiewali o wojownikach, polowaniach i księżniczkach.

Prawdziwą królową wśród kobiet na Offie była oczywiście Patti Smith. Żywa legenda, zupełnie niezakamieniała w swojej legendarności, żywa, ludzka, ciepła – po prostu kochana. Wciąż ma niesamowitą moc w głosie i siłę, którą rozrywa struny gitarowe. Z głównej sceny zabrzmiała cała płyta “Horses”, a publiczność ochoczo śpiewała z wokalistką glooooria czy break it off!. Punk kulminacyjny koncertu to oczywiście doskonałe “Land”. Podczas “Elegie” Patti wymieniła wszystkich sobie (i nie tylko) drogich zmarłych artystów, od Jimiego Hendrixa, przez swojego męża, aż do Amy Winehouse i Lou Reeda. Na koniec obrzuciła publiczność płatkami róż. Macie siłę, żeby zmienić świat – powiedziała nam ze sceny i nie można było jej nie uwierzyć. Tony pozytywnej, rockowej energii i bez wątpienia jeden z najlepszych koncertów w całej historii Off Festivalu.

Black Culture

Wściekamy się o to samo, o co Patti wściekła się przed laty - stwierdzili Run The Jewels, kontynuując wątek walki z przemocą i złem tego świata przy pomocy muzyki. Też apelowali o wydobycie z siebie mocy zmieniającej świat, i też nietrudno było dać się ponieść ich energii. Świetne podkłady i teksty, które znała prawie cała publiczność. Nie zabrakło porywającej hip-hopowej wodzirejki – od motywu upalenia przez wspólne śpiewy (właśnie sprawiłem, że rzesza Polaków śpiewała ‘dick in mouth all day’, jestem spełniony) i machanie łapkami (jeśli uniesiecie ręce do góry i będziecie machać o tak, to będzie wyglądać jak ocean) aż do prowokacyjnego rozgrzewania (jeśli macie białe buty, to przepraszamy, ale albo uciekajcie, albo nigdy nie będą już takie same).

Wspaniały koncert dali także Young Fathers, którzy hip-hop łączą z popową nośnością, krautrockowymi rytmami i grupowymi zaśpiewami. Kawałki z “Dead” i najnowszej płyty “White Men Are Black Men Too” doskonale brzmiały na żywo, wykonane w energetyczny sposób, ułożone tak, że cały występ rozkręcał się bardziej i bardziej. Czego teraz chcecie? zapytał Graham, a odpowiedź oczywiście brzmiała “Shame”. Po singlowym kawałku trio zaśpiewało a capella i był to najpiękniejszy moment. Mam nadzieję, że zespół zawita do nas na koncerty klubowe.

Bardzo ciekawym pomysłem łączenia muzyki czarnej z gatunkami postrzeganymi inaczej jest ten proponowany przez zespół Algiers. Tym razem nie mamy do czynienia z hip-hopem, a bluesem, soulem, brzmieniem Motown w połączeniu z indie-rockiem. Miks wypada bardzo przekonująco – nieco mroczne kawałki ze świetną sekcją rytmiczną skutecznie przykuwały publiczność do Sceny Leśnej. Wspólne klaskanie czasami okazywało się nader trudne – połamane rytmy sprawiają, że twórczość zespołu brzmi niezwykle świeżo.

Dobre przedstawienie

Przy okazji czarnej muzyki nie sposób nie wspomnieć o Sun Ra Arkestra – czyli twórcach afrofuturyzmu. Space is the place podśpiewywali wszyscy wychodzący z toi-toiów w czasie tego koncertu. Bogate instrumentarium i bogate stroje – połyskujące złotem ubrania i lśniące dęciakami dźwięki. Do kosmosu nas może nie przenieśli, ale podróż była całkiem wciągająca.

Na zgranie wizji z fonią postawili też Sunn O))), ale zamiast wynosić w niebo wciągali nas pod ziemię. Mnóstwo dymu oświetlanego to na niebiesko, to na czerwono, dawało iście piekielny efekt w zestawieniu z dręczącymi uszy dronami i warczeniem, krzykiem oraz mruczeniem mrocznych mantr przez wokalistę. Tych, którzy nie lubią takich klimatów, wygoniło ciągnące się w nieskończoność intro. Ci, którzy pozwolili się mu zaczarować, schodzili niżej i niżej poprzez ten oszałamiający hałas.

Dużo dymu lubi też Dean Blunt, który zasłonił nim scenę namiotu eksperymentalnego. Pojedyncze światło wyłoniło jego samotną sylwetkę, i tak śpiewał nam rozstaniowe piosenki z “The Redeemer”. Z uwagi na porę i miejsce ten występ zrobił na mnie o wiele mniejsze wrażenie niż ten podczas Avant Artu. Ale plan był ten sam – najpierw dawka emocji przekazana śpiewem i muzyką, potem krwista czerwień i w końcu atak stroboskopu.

Przyjaźniejszą wersję starannej oprawy wizualnej prezentowali King Khan & The Shrines. Pojawiło się złoto – bogactwo i przepych nie szły niestety w parze z luksusowymi kompozycjami, cały koncert to dość schematyczne kawałki, takie, których można się spodziewać po soulowym wokalu i porządnej sekcji instrumentalnej. Największe wrażenie robiły złote gacie.

Urocze majtasy miał również Randy z The Residents. Czy taki zespół to dobry headliner na taki festiwal? Nie. Formacja gra już od lat i ma fanów w każdym wieku, głównie jednak budzi zainteresowanie publiczności dojrzałej. Ich starannie opracowane show lepiej sprawdza się na indywidualnych koncertach. Na Offa przybyli z trzecią częścią trylogii, która przedstawiała życie w odwrotnej kolejności. “Shadowland” czyli narodziny, reinkarnacja, przeżycia bliskie śmierci. Randy tradycyjnie prezentował image creepy clowna, w slipach w szachownicę (taka była też oprawa graficzna całości – pasy w szachownicę zwisały z sufitu sceny) i kostiumie z namalowanymi mięśniami. Jego pokraczne piosenki przeplatane były wyświetlanymi na dużej kuli w głębi sceny opowieściami postaci w maskach-czaszkach.

Pięknym koncertem, podczas którego panowała niesamowita atmosfera, ale który zebrał niedoceniającą go w pełni publiczność był też występ Xiu Xiu. Większość czekała na motyw główny z “Twin Peaks”, i po jego usłyszeniu zdezerterowała. Tymczasem formacja świetnie poradziła sobie z soundtrackiem Angelo Badalamentiego, dodając mu ponurego mroku i rozedrganego dramatyzmu. W tle widzieliśmy kilka niepozornych kadrów związanych z najstraszniejszą sceną z serialu.

Smutni panowie

Niewielu ich było w tym roku – zabrakło kilku mniej znanych ciekawych singer-songwriterów z brodą… Nie można przecież do nich zaliczyć Micka Harveya, który śpiewał piosenki Serge’a Gainsbourga. Trochę to było takie karaoke – gładkie interpretacje, monotonne wykonania. Nie wciągało, nużyło.

Największą chyba pomyłką był koncert Sun Kil Moon w namiocie. Mark Kozelek jest teraz na topie dzięki sukcesowi dwóch ostatnich albumów, w związku z czym na Scenę Trójkową nie sposób się było dopchać. A z każdego innego miejsca koncert brzmiał po prostu źle. Nie ma się co dziwić – to, co u tego artysty najważniejsze, to teksty. Jeśli nie słychać ich dobrze, to właściwie wszystko stracone.

Moc electro

Tego problemu nie ma w przypadku muzyki elektronicznej, gdzie wokale stają się elementami brzmieniowymi, i wystarczy, że będzie odpowiednio głośno. Było w tym roku kilka słabszych tego typu występów, jak Peaking Lights Acid Test, którego monotonne umcyk umcyk nie mogło zastąpić występu duetu, i kilka ciekawszych, jak czwórka gniotąca się za jedną konsoletą, czyli Future Brown. Mimo, że zabawnie wyglądali, współpraca wychodziła im bardzo sprawnie, i mieli rapsy na żywo – zawsze fajnie.

Z laptopa puszczał rymy iLoveMakonnen, co było dosyć rozczarowujące i niektórym (tak, mi) nie starczyło cierpliwości, więc cóż z tego, że później owszem pojawił się żywy, prawdziwy raper.

Świetnie tańczyło się do kombinacji Rona Morelliego i Low Jacka. Zaczęli od niepozornych plumkań, potem zaatakowali falą noisu, żeby w efekcie sprawnie łączyć zgrabne, rytmiczne partie z tym bardziej hałaśliwymi. Bardzo przyjemny był również duet Acid Arab – brzmieli dokładnie tak, jak się nazywają, czyli łączyli techno ze skrawkami muzyki arabskiej.

Najlepszą imprezę rozkręcił w namiocie eksperymentalnym DJ Nigga Fox (od czasu do czasu z głośników dla przypomnienia rozlegało się gromkie NIGGA FOX). Świetny, porywający set z elementami muzyki kuduru.

Świetnie i porywająco

Podsumowując: widać było brak sponsora, program był sporo słabszy niż w poprzednich latach, co odbiło się na liczbie widzów.

Z nowych rzeczy – pojawiła się scena pop-up i koncerty niespodzianki. W praktyce były zawsze o takiej porze, żeby w miarę wpasować się w program, więc równie dobrze można było po prostu zapisać je w książeczce i oszczędzić rozterek tym, którzy bali się przegapić ogłoszenie na Facebooku. Były też pokazy burleski – niestety bardzo trudno było się na nie dostać, namiot Kawiarni Literackiej zapychał się momentalnie. Pojawiło się też wiele głosów narzekających na dźwięki ze strefy gastronomicznej, które rzeczywiście szczególnie drażniące były podczas występu Xiu Xiu.

Mimo wszystko na Offa warto jeździć – i to nie tylko z sentymentu. Zawsze można znaleźć tutaj sporo dobrego. Chciałabym tylko jeszcze znaleźć zagubiony depozyt w strefie media, i dalej mogę chwalić wydarzenie od piątku po niedzielę.

Katarzyna Borowiec

Fotorelacja z dnia I
Fotorelacja z dnia II
Fotorelacja z dnia III