Black Label Society – “Order Of The Black”

Black Label Society – “Order Of The Black blacklabel_cover.jpg
Metal Mind Productions/2010

Połowa czasu.

Naprawdę lubię Zakka Wylde’a. Lubię Jego gitary, brodę i nonszalancki styl. Dla mnie to archetyp rockowca. Ostatni sprawiedliwy. W ręce puszka piwa, na klacie zwykły t-shirt zasłonięty “skórą” i brudna, naprawdę brudna muzyka. A, zapomniałbym jeszcze o seksie, który za Panem Wyldem ciągnie się wszędzie tam, gdzie się akurat uda. Miał być i na “Order Of The Black”. Jest. Ale nie taki przy świecach, po lampce szampana i przed czułym uściskiem po.

Sprawa wygląda tak, że lider Black Label Society jest gitarzystą renomowanym. Z dorobkiem, z zacną, choć nieco plugawą, przeszłością, z wielkimi umiejętnościami. Generalnie należy Mu się duży szacun. Ale wydaje się, że gdzieś po drodze wpadł w zaspę i utknął. Umówmy się, “Shot to Hell” to nie była dobra płyta. Liczyły się tylko tzw. momenty. “Order Of The Black” jest w gruncie rzeczy podobna. Dużo na niej wypełniaczy, kompozycji niedopracowanych i, nie oszukujmy się, po prostu słabych. Pretensje głównie w kierunku licznych ballad. Zbyt licznych. Zajmują połowę czasu i okrutnie zwalniają tempo. I pojawiają się jak Żółwie Ninja, niewiadomo skąd. Krążek nie trzyma się przysłowiowej kupy. Jest chaos. A w międzyczasie koszmarek pod postacią “Chupacabra”. Perfekcyjnie zagrany i zupełnie niepotrzebny pięćdziesięcio-sekundowy fragment popisu gry na gitarze klasycznej.

A teraz seks, na który tak wszyscy czekamy. Gdy zespół w końcu przyłoi rzeczywiście można tego słuchać. Wtedy jest ogień. Chwilami nawet podobny do Machine Head. Konkretnie wstęp do “Crazy Horse” przypomina ten z “Bulldozer”. Ale to tylko drugoplanowa myśl. Główna jest taka, że muzyka na tym krążku potrafi być wyzywająca, pociągająca i wyuzdana. Jak to poczciwy Zakk. Przykładowo “Godspeed Hellbound”. To w istocie niezły numer. Mocny, posiadający nawet pewną dramaturgię, pędzący jak należy. Najlepszy na płycie “Riders Of The Damned”, to samo. Rozbudowany, lekko ociężały, bo wpadający w stoner rocka, “Overlord” jest naprawdę zmysłowy, a wspomniany “Crazy Horse” to rozpoczęcie w dobrym stylu.

Niestety, ogół jest rozmyty. “Order Of The Black” robi wrażenie kompletnie nieprzemyślanej. Nie widać idei. Czegoś, co nadałoby ton płycie. Pomimo paru dobrych utworów, brakuje lidera. A ballady takie jak “Darkest Days”, “January”, czy “Shallow Grave” co rusz sprowadzają słuchacza na ziemię. Przez co krążek jest tylko przeciętny. A szkoda. Zakk Wylde zasługuje na coś lepszego.

Michał Baniowski
baniowski.wordpress.com