Blossom – “The Longest Journey”

Blossom – “The Longest Journey”
Project Mooncircle/2013

Narkotyczne działanie “zwielokrotnione przez wyobraźnię”.

Cieszy mnie to, że ta płyta została wydana właśnie w grudniu. Bardzo potrzebowałam takiego albumu. Szkoda tylko, że “The Longest Journey” nie została doceniona w podsumowaniach końcoworocznych i nie będzie kwalifikowała się do podsumowań roku 2014. Nie bardzo rozumiem, jaki był zamysł wytwórni i uważam, że takim posunięciem zrobiła tej płycie krzywdę (mimo tego, że materiał broni się sam, to zawsze potrzeba tej promocji i rozgłosu, tylko jak promować nowe wydawnictwo młodego artysty w gąszczu rocznych list?).

W kwietniu 2013 roku trafiłam na wideo, gdzie Blossom grał na żywo pewien, nieznany mi wcześniej, utwór (na płycie jest to “Pege”). To było jak strzał w głowę. Od tamtego momentu czekałam jak zaklęta na jego nowy krążek. Czy to czekanie się opłaciło?

Zdecydowanie tak. Z muzyką Czajewskiego jest tak, że albo można się w niej całkowicie zatracić, albo szukać czegoś innego… Producent tworzy utwory oderwane od rzeczywistości, pogrywające w tle jakby były stworzone do ścieżki dźwiękowej naszych myśli. Blossom zabiera nas w zakamarki downtempo z bogatym instrumentarium, w miejsca, gdzie bas elektryzuje, a “blaszaki” tworzą unikalną aurę.

Płytę rozpoczyna niepokojące “See the Light“, gdzie na pierwszy plan wysuwa się pianino. Powoli rozpoczynamy naszą 45-minutową podróż dookoła swoich myśli wśród dźwięków Czajewskiego. Kolejny utwór rozpoczyna się nieco synthowo; w “The Longest Journey” słyszymy ładnie prowadzony bas wśród glitchowych “przszkadzajek”. Jeszcze głębiej wchodzimy w ten nieznany świat przy kawałku “Dusk”, gdzie rapuje JEHST. W kawałku tym wszystko wręcz hipnotyzuje: od melancholijnego flow, przez piękną pętlę, do idealnie wyważonych smyczków. Przy “Lost Grounds” mamy do czynienia z subtelnym industrialem, który ciekawie zgrywa się z dźwiękami organów, a wszystko dopełnia delikatny bas. Jesteśmy już w połowie naszej podróży, a kolejnym utworem jest “Don’t Grow Up” z ambientowym tłem, lekko połamanym rytmem i saksofonem. Najciekawszy na krążku kawałek – “Pege” – jest przykładem wręcz idealnego połączenia sekcji rytmicznej z basem. W “Signs of a New Day” jest bardziej nu-jazzowo; to kolejny majstersztyk. “We Go” to dowód na to, że każda podróż może kiedyś znużyć; tutejszy beat sunie się, ociąga, jakby coraz bardziej zwalnia… Na koniec dostajemy jeszcze instrumentalną wersję kawałka “Dusk”.

Wszystkie utwory trwają około 5 minut. Ich długość nie męczy i pozwala na dobre zapoznanie się z poszczególnymi dźwiękami. Nowy album jest praktycznie pozbawiony sampli, muzyk niemal wszystko stworzył sam. Blossom dba o urozmaicenie. Spodziewałam się kopii “Blue Baloons“, a otrzymałam soczyste kawałki przepełnione melancholią. Krążek jest bardziej instrumentalny (do kilku kawałków dograł się saksofonista Aleksander Papierz) niż jego poprzednik, ale także zawiera więcej elementów ambientowych, a momentami nawet dronowych.

Producent zaczął swoją przygodę z “The Longest Journey” od interesującego podcastu o tym samym tytule (został przygotowany dla czytelników “Phono“). Czerpiąc inspiracje z tak wspaniałej muzyki, Blossom nie mógł stworzyć czegoś niewartego uwagi. Ciągle zastanawiam się jednak, jak po tych płodnych 2-3 latach Czajewski ma marne 800 lajków na fejsie… Warto zapoznać się z muzyką tego artysty.

Ewelina Malinowska