Relacjeprzemek

Bohater liryczny odbrązowił się sam

Relacjeprzemek

Bohater liryczny odbrązowił się sam
Wrocław/21.03.2012

Ólafur Arnalds zagrał we Wrocławiu.

Jeśli myśleliście, że smutne, powłóczyste piosenki na fortepian, skrzypce i wiolonczelę  zostały zainspirowane zorzą polarną, lodowcami i północnym niebem, to we wrocławskim Imparcie, sam artysta obnażył brutalną prawdę o swojej twórczości i inspiracjach. Co nie zmienia faktu, ze jego muzyka brzmi pięknie i powłóczyście jak gdyby była inspirowana zorzą polarną, lodowcami i północnym niebem…

Młody, skromny, do bólu utalentowany Islandczyk po raz kolejny pojawił się na koncertach w Polsce. Po wizycie w Poznaniu i Katowicach, w pierwszy dzień wiosny, zagrał we wrocławskim Imparcie. Niepozorny blondynek, pojawił się na scenie punktualnie o dwudziestej, żeby schować się z kieliszkiem wina za okablowanym fortepianem. I zaczęło się. Nie, nie zaczęła się pieśń o zorzy polarnej, a raczej stand-up comedy. Od zbyt dużej ilości wina, w której utonęła wtyczka do laptopa, i komentarz artysty Oh shiiiiii… (kto by się po tym eleganckim chłopcu spodziewał!?), po opowieści o poprzednich polskich koncertach i eksperyment z publicznością. Ólafur robił ze słuchaczami co chciał. I to od samego początku. Wrocławianie wyśpiewali dla niego niskie i wysokie “A”, które następnie wykorzystał w pierwszym utworze jako tło.  Wrocławski Impart odpłyną w bezkres szumu fal i improwizacji Ólafura. I tak płynął przez dwie i pół godziny, czasem tylko wyrywając słuchaczy z amoku, opowieściami z życia wziętymi: a to o kulisach powstania utworu “Poland, another happy day” z Żołądkową Gorzką w roli głównej, a to o przygodzie z muzyką do reklamy, która to jest dziś najbardziej rozpoznawalną kompozycją artysty, a i tak wszyscy słuchacze wierzą, że był inspirowana zorzą polarną. W wolnych chwilach lubię wejść na YouTube i czytać komentarze do tego utworu.

Pośród znanych kompozycji artysty znalazły się zarówno klasyczne, wykorzystujące tylko klawisze i pomoc Viktora i Paula (skrzypka i wiolonczelisty), którzy towarzyszyli mu na scenie prawie cały koncert, jak i te, z elementami elektroniki. Gdy już słuchacze rozpływali się w błogim niebycie dźwięków klawiszy, Ólafur prezentował kompozycje wykorzystujące efekty elektroniczne. W czasie koncertu nie zabrakło i improwizacji, od której cały koncert się rozpoczął. Później Ólafur wytłumaczył, że brakuje im jeszcze jednej kompozycji do zamknięcia płyty, więc improwizują na koncertach. A nuż, któraś kompozycja okaże się tak fajna, że trafi na nadchodząca płytę.

Oby więc ta nadchodząca płyta była tak cudowna, jak te dwie i pół godziny spędzone w teatrze zamiast na topieniu marzanny w pobliskiej Odrze. I oby Ólafur wracał do Polski jak najczęściej i pozwalał nam odlecieć na kulturalnym haju, w międzyczasie odbrązawiając image grzecznego utalentowanego chłopca z Islandii. A my ponownie odwdzięczymy się dwukrotnymi owacjami na stojąco i wymusimy bis.

Maria Grudowska
foto: Andrzej Olechnowski dzięki uprzejmości Wrockfest