Relacjeprzemek

Bombino w Warszawie

Relacjeprzemek

Bombino w Warszawie
21.10.2013/Warszawa

Saharyjskie ciepło w środku października.

Zdziwiłem się, gdy koncert Bombino został ogłoszony w Stodole. Potraktowałem to jako przejaw nadmiernego optymizmu organizatorów, bo ani muzyka nie-zachodnia, ani Dan Auerbach nie mają dużej siły przebicia w naszym kraju. I rzeczywiście, występ został przeniesiony do małej salki na piętrze, która podczas wyprzedanych koncertów robi za dodatkową szatnię. Na oko, więcej niż 200 osób tam nie wejdzie.

Kilka chwil po 20, głos lektora krótko przedstawił historię Omary Moctara i na niewysoką scenę wszedł zespół. Pierwsza część upłynęła pod znakiem akustycznych brzmień i pięknych, pustynnych ballad. Wystarczyło zamknąć oczy, by przenieść się do niewielkiej oazy na Saharze. Noc, płonie ognisko, przy którym zebrali się mieszkańcy, jeden z nich wyciąga gitarę, drugi bęben i zaczynają grać. Nad głowami rozgwieżdżone niebo. A nie, przepraszam niski sufit, wokół całkiem sporo ludzi, na scenie czterech muzyków.

Akustyczna część koncertu, choć bardzo piękna, była tylko wstępem do gitarowego szaleństwa, które zaczęło się, gdy Bombino zamienił akustyka na wysłużonego Corta. Wtedy do gry włączył się perkusista ukryty za skromnym zestawem, a bębnista wziął do rąk drugą gitarę elektryczną. I się zaczęło. Niekończące jamy, efektowne zagrywki, taneczne rytmy, psychodeliczne odjazdy. Bombino sięgał zarówno po piosenki z wydanego w tym roku “Nomad“, mającego już dwa lata “Agadez” (fantastyczna, ekstatyczna wersja “Tar Hani”), jak i po starsze rzeczy, w tym elektryczną wersję “Kamoultine” z “Guitars from Agadez vol. 2″. Po godzinie zeszli ze sceny, by pojawić się na niej raz jeszcze i zagrać “Azamane Tiliade”, o którym można powiedzieć, że stało się pierwszym prawdziwym hitem nigryjskiego gitarzysty. Szkoda tylko, że wzywani gorącym aplauzem przez publiczność nie zdecydowali się na drugi. Z drugiej strony, sądząc po reakcji widzów, nie zeszliby ze sceny do rana.

Muzyka Bombino jest nieskomplikowana, ale efektowna, jak pustynny krajobraz. Porywająca, jak burza piaskowa. Nieokiełznana, jak saharyjskie ergi. I tego wszystkiego można było doświadczyć wczoraj w Warszawie.

Michał Wieczorek