Bon Iver – “Bon Iver”

Bon Iver – “Bon Iver”
Jagjaguwar, 4AD/2011

Urzekająco, chociaż bez innowacji.

Jak dotąd rok 2011 obfituje w coraz to nowe wydawnictwa, szkoda tylko, że część z nich jest albo niewystarczająco dobra, albo zwyczajnie słaba czy mierna. Do tej pierwszej kategorii niestety można zaliczyć drugi album Justina Vernona, znanego jako Bon Iver, o tym samym tytule. “Bon Iver” jest uważany za debiut muzyka, a właściwie jego zespołu, gdyż wcześniejsze “For Emma, Forever Ago” traktowane jest jako płyta sygnowana po prostu pseudonimem Amerykanina.

“For Emma, Forever Ago” było utrzymane raczej w tonacji natchnionej podróży przez emocje – czy to wiosennych, czy chłodniejszych. Trochę inaczej ma się już sprawa z drugim albumem, choć nie da się ich nie porównywać. Wprawdzie Vernon wyraźnie chciał znaleźć dla swojego zespołu nową, oryginalniejszą ścieżkę, to pomysł na siebie w pewnym momencie mu się rozmył. Paradoksalnie wobec tych słów – “Bon Iver” zachwyca, a na pewno mnie. Mimo że nie dokonano żadnej rewolty, a podobne motywy użyte w klimatycznych piosenkach od razu rzucają się w oczy,  to jednak jest to płyta, którą się nieustannie odkrywa. Jest prosta i może właśnie w tej prostocie należy szukać jej plusów.

Gdy tylko włączyło się otwierające album “Perth” wiedziałam, że znalazłam małą perełkę. Wprawdzie to tylko nieskomplikowana gitara, snujące się w tle chórki i niezmiennie wysoki, poruszający głos Vernona – to za każdym razem, gdy jej słucham, czuję inne emocje. Podobnie jest z “Holocene”, która urzekła mnie dopiero za którymś razem. Spokojny folk, kolejny raz brzdąkanie gitary, rozmyty głos Vernona. Jednak w pewnym momencie coś sprawia, że chce się słuchać tej piosenki inaczej – z większym wczuciem się, może przy zamkniętych oczach. Radość ze słuchania znika jednak po “Michicant”, razem z atmosferą, która wcześniej przyciągała. Atmosfera to określenie, które chyba jest jednym z najniebezpieczniejszych, jakie można jakiemuś albumowi przyczepić. Sprawia bowiem, że muzyka staje się zbyt nieuchwytna, a czasem po prostu zbyt prosta. Tak się dzieje i w tym przypadku. Tylko singlowe, przepiękne “Calgary” ratuje końcówkę “Bon Iver” – choć może i całą płytę?

Justin Vernon stworzył dziesięć naprawdę ujmujących piosenek, ale nabierają one większego sensu w połączeniu z osobistymi emocjami słuchacza. Do mnie trafiły, lecz tworzy się już w opozycji lobby wiernych obrońców “For Emma, Forever Ago” jako najlepszego albumu Amerykanina. Ja jednak będę optować za tym, że “Bon Iver” to naprawdę wdzięczna, dobrze przemyślana płyta. Nie zawsze trzeba rewolucji, by muzyka się podobała.

Monika Pomijan