Relacjeprzemek

“Bonjour. Je m’appelle Patrick. Paris je t’aime”

Relacjeprzemek

“Bonjour. Je m’appelle Patrick. Paris je t’aime
07.11.2011/Paryż

Domy, wypchana sowa i reflektor, czyli paryski koncert Patricka Wolfa.

Paryski koncert Patricka Wolfa odbył się w mieszczącym około  stu osób klubie La Maroquinerie w dwudziestej dzielnicy. Wielkość sali jest tu nie bez znaczenia, ponieważ na niezwykłą atmosferę koncertu złożył się nie tylko wszechstronny muzyczny talent artysty i towarzyszących mu na scenie muzyków oraz dobór repertuaru, ale także bliskość, momentami niemalże cielesna między publicznością a Patrickiem Wolfem, nadająca całemu wydarzeniu niemal metafizyczny wymiar. Ale zacznijmy od początku…

Różnica między francuską a polską publicznością jest zauważalna. Przed wejściem do klubu rozmowy wcale nie dotyczyły mającego odbyć się zaraz koncertu, nie było fanów w czerwonych włosach, ktoś kto przyszedł na pięć minut przed wydarzeniem mógł bez problemów znaleźć się w pierwszym rzędzie. Nikt nikogo nie popychał, nikt też nie wtargnął na scenę mimo całkowitego braku ochroniarzy. Oczekiwanie na koncert przebiegło właśnie w takiej atmosferze. Początkowo spokój publiczności przerażał, bo duet Chinawoman, support towarzyszący Patrickowi Wolfowi podczas całej trasy promującej “Lupercalię”, został przyjęty ciepło aczkolwiek bez entuzjazmu i z dającą się wyczuć rezerwą, mimo całkiem udanego dwudziestominutowego występu.

Jednak tak naprawdę była to cisza przed burzą, bo gdy zrzucono czarne narzuty, a oczom widzów ukazały się dwa domy, element dekoracji, motyw przewodni trasy promującej ostatni album, rozległy się krzyki. A kiedy na scenie pojawił się Patrick Wolf publiczność zaczęła naśladować wycie wilków, odwołując się do scenicznego alter ego muzyka. I zaczęło się. Rozbrzmiały pierwsze takty “Hard Times” w rzadkiej wersji, bo wolniejszej i spokojniejszej niż ta znajdująca się na “The Bachelor”. Okazało się, że publiczność doskonale wie po co przyszła, śpiewając zgodnym chórem teksty piosenek, a także entuzjastycznie przyjmując każdą próbę mówienia Patricka Wolfa w języku francuskim.

Płyty Patricka Wolfa są zróżnicowane, dlatego też setlista była tak dobrana, że każdy mógł wyjść z koncertu usatysfakcjonowany. Pojawiły się piosenki prawie z każdej z płyt, m.in “Who Will?” i “Theseus” z wspomnianego już “The Bachelor”, energiczne “Accident & Emergency” i “Magic Position” z płyty o tym samym tytule, a także robiące wrażenie bogactwem instrumentów muzycznych, folkowe “The Libertine” z “Wind in the Wires”. Jednak to oczywiście utwory z najnowszej płyty przeważały. I to właśnie one spotkały się z najgorętszym przyjęciem publiczności. Pojawiły się praktycznie wszystkie utwory z “Lupercalii” oprócz “Williama” i czego najbardziej żałuję – “Slow Motion”. Patrick Wolf czarował przede wszystkim swym głosem, grą na harfie, a także scenicznymi strojami, których najciekawszym elementem była wypchana sowa ulokowana na ramieniu. Ale emocje sięgnęły zenitu kiedy w trakcie piosenki “Together” Wolf najpierw zaczął zmysłowo dotykać twarzy zachwyconych tym mężczyzn znajdujących się w publiczności, po czym zszedł ze sceny, by tam zatańczyć między (a także z) fanami, a następnie obszedł cały klub by ostatecznie opuścić scenę.

Po tym wszystkim publiczność nie mogła dać spokojnie odejść artyście. Wśród ogłuszających krzyków Wolf znów pojawił się na scenie i wykonał na bis trzy piosenki: “Armistice”, “Magic Position” i na koniec singlowe “The City”, zwracając uwagę publiczności na mistrzowską grę saksofonistki. Artysta pożegnał się kierując światło reflektora na twarze wszystkich ludzi znajdujących się w klubie podkreślając tym samym magiczną relację, która wytworzyła się podczas tego koncertu między nim i fanami. Wolf ostatecznie zakończył koncert dziękując Paryżowi za ciągłą inspirację i bezsprzeczny wpływ tego miasta na swą wrażliwość i romantyzm.

Katarzyna Sobelga