Bonobo – “The North Borders”

Bonobo – “The North Borders”
Ninja Tune/2013

Opowieść o tym jak czarować.

To już piąty album w dorobku Simona Greena; kolejny, o którym spokojnie można powiedzieć, że jest tak samo dobry, jak poprzednie krążki muzyka. Trzy lata przyszło nam czekać na coś nowego od czasu niesamowitego “Black Sands” (recenzja). Przez ten czas Bonobo przeszedł na kolejny poziom elegancji w dźwiękach. “The North Borders” to album wspinający się na wyżyny elektronicznej subtelności. Green po raz kolejny udowodnił, że należy do ścisłej czołówki w muzyce elektronicznej.

“The North Borders” to prawie 60 minut przekomarzania się żywych instrumentów z elektroniką. Bonobo w wysublimowany sposób przeniósł nas z przejrzystego świata “Black Sands” do miejsca, gdzie kolejne nawarstwiania dźwięków powodują błogi niepokój. Na krążku dominują klimaty downtempo z małymi odskokami w breakbeat, a nawet post-dubstep. Green z różnych gatunków czerpie to, co najlepsze i świetnie to ze sobą łączy. Album można uznać za bardziej elektroniczną i dojrzalszą kontynuację poprzedniego krążka. Bonobo jest perfekcjonistą, dlatego też “The North Borders” został wymuskany z każdej strony.

Na płycie pojawiło się kilku gości, którzy znakomicie uzupełniają dźwięki powołane do życia przez Simona Greena. Największym odkryciem jest tu Szjerdene ze swoim rewelacyjnym wokalem (“Towers“, “Transits“). Na kolana nie powala natomiast utwór z Eryką Badu (“Heaven For The Sinner“), który momentami męczy swoim przekombinowaniem. Zaskoczeniem może być natomiast bardzo udana współpraca z Greyem Reverendem w “First Fires“.

W 2-stepowym “Emkay” mamy do czynienia z wokalnymi samplami. “Sapphire” mogliśmy usłyszeć już prawie rok temu w trakcie dj setu w Boiler Room; tak samo było ze znakomitym “Cirrus“, który dopiero w styczniu stał się pierwszym singlem. Samplowym rajem jest kawałek “Antenna“, który ma bardziej pozytywny wydźwięk w porównaniu z resztą utworów znajdujących się na płycie. Należy też wspomnieć o jednym z bardziej niepozornych kawałków, który wiele zyskuje przy bliższym poznaniu, czyli “Don’t Wait“.

Piąty album Bonobo przyciąga mimo tego, że jest dość statyczny i nie zaskakuje. Słuchając go można odnieść wrażenie, że muzyk ciągle kroczy tą samą ścieżką, jednak przy kolejnych odsłuchach uderzają nas fale nowości. Musimy nieźle się namęczyć, aby wyłapać wszystkie dźwięki, które zostały tu nagromadzone. Na “The North Borders” za każdym razem można odnaleźć coś nowego, coś jeszcze bardziej magicznego, coś, co ukryte było pod warstwą innych brzmień.

Ewelina Malinowska