Bowerbirds – “The Clearing”

Bowerbirds – “The Clearing”
Dead Oceans/2012

Ognisko z orkiestrą.

“Bowerbirds” to altanniki, australijskie ptaki, których samce budują konstrukcje mające zwabić samice. Amerykańskiej parze, Philipowi Moore (wokal i gitara) i Beth Tacular (akordeon, pianino, wokal), do których dołączył Mark Paulson (skrzypce) do pracy nad trzecią płytą udało się przyciągnąć Rachel Rollins (skrzypce), Leah Gibson (wiolonczela), Matta Wasmunda (“cały samochód” instrumentów dętych drewnianych), Tima Phillipsa (puzon), Seana Carey’a (wibrafon). Pracowali też z inżynierem dźwięku Brianem Josephem, odpowiedzialnym za ostatni album Bon Ivera (co zresztą słychać dosyć wyraźnie). Czy równie skutecznie wabią słuchaczy?

Na wstępie wypada zaznaczyć, że płyta najprawdopodobniej bardzo spodoba się tym, którzy od roku nie mogą wyłączyć “Holocene”, nie są znudzeni dwunastoma piosenkami Fleet Foxes pod rząd i już nie mogą się doczekać występu Megafaun na OFFie. Po czym możemy przejść do konkretów.

Altanka Bowerbirds jest raczej swojska, choć tym razem wyposażona w parę świecidełek. Nie nęci tam nastrój niesamowitości, nie ma mrocznych tajemnic ani intrygujących dziwności. To miejsce, za którym tęskni się przy nadmiarze wrażeń. Dwa pierwsze albumy, zwłaszcza debiutancki, były swoistymi eko-manifestami. “The Clearing” nosi miano bardziej osobistego – przed jego nagraniem Moore i Tacular przeżyli związkowy kryzys, przejechali psa (przeżył i został domowym pupilem), a nawet mieli bliskie spotkanie ze śmiercią. Nie będziemy jednakowoż się nad tym rozwodzić, wychodząc z założenia, że twórczość powinna bronić się i bez tego dramatycznego kontekstu.

A broni się średnio. O ile wcześniej Bowerbirds ćwierkali przy ognisku, przy środkach skromnych acz przejrzystych, momentami urzekających acz bez zbytniego zachwytu, teraz stali się jeszcze mniej rozpoznawalni. Krytycy twierdzą, że to ich najlepszy album, chwaląc za pełniejsze brzmienie. Oczywiście jest to prawda, ale z bogatszym instrumentarium Amerykanie zbliżyli się do swoich kolegów, którym jednocześnie, bądźmy szczerzy, nie dorastają do pięt. Brzmią jak coś pomiędzy Arcade Fire (coda w “Tuck the Darkness”) a skromniejszą wersją Efterklangu (“Walk the Furrows”), bez melodyjności i literackiej perwersji The Decemberists, za to z kilkoma chwytami a la Bon Iver.

Beth zasiadła za pianinem, co wyszło jej dosyć zgrabnie, i zaczęła śpiewać, czego robić raczej nie powinna. Głos Phila spokrewniony jest z pop rockowymi standardami typu Chris Martin i Fran Healy, niespecjalnie ciekawy, ale w sumie przyjemny, zwłaszcza, kiedy pani jego serca dołącza w tle w roli chórku. Niestety na pierwszym planie jej wokal jest momentami niemiłosiernie wręcz piskliwy (“Hush”).

Melodie śpiewane na “The Clearing” są do siebie podobne i mało chwytliwe. Urozmaica je instrumentacja, momentami ciekawa. Wyróżnia się “Death Wish” z bardzo interesującym tłem muzycznym, w którym dźwięk instrumentu dętego kłóci się z pozostałymi; odnosi się wrażenie, jakby wszystkie elementy grały niezależnie, a efekt jest zaskakująco harmonijny. Do zgrabnego tekstu z odniesieniem marynistycznym idealnie pasują syrenie zaśpiewy w tle. Teksty miały być z założenia najmocniejszą stroną w twórczości Bowerbirds, ale zwłaszcza teraz, gdy rozhulali się dźwiękowo, widać, że raczej nie napiszą nic ładniejszego niż I don’t expect a southern girl to know the northern lights. Nastrój jest nieco melancholijny, ale nie wybrzmiewa w pełni, brakuje dyskretnej goryczy (mistrzami takiego klimatu są Belle & Sebastian).

“The Clearing” to raczej przeciętna płyta folkowa. Milutka, ale na chwilę, jak cudze zwierzątko, którym nie musimy się długo opiekować. Po dużej dawce takiego delikatnego zawodzenia z okazyjnym przytupem człowiek aż ma ochotę posłuchać dubstepu.

Katarzyna Borowiec