Brant Bjork – “Gods & Goddesses”

gods-and-goddesses.jpg Brant Bjork – “Gods & Goddesses”
Low Desert Punk/2010

8 solowych płyt w 10 lat, w dzisiejszych czasach to wynik wyjątkowy, imponujący. Jeśli jeszcze dodam, że w tym czasie nagrał dwie płyty z Fu Manchu, jedną z Ten East, jedną z Che, na kolejnych kilkunastu udzielał się w taki czy inny sposób, ukazuje nam się obraz prawdziwego tytana pracy.

Zdaję sobie sprawę, że dla wielu Brant jest postacią anonimową, choć, i nie będzie w tym ani cienia p-przesady, zajmuje poczesne miejsce w historii muzyki gitarowej ostatnich 20 lat. Czemu? Żeby odpowiedzieć na to pytanie trzeba się przenieść do Kalifornii na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych. Konkretnie do Palm Desert w rok 1992. W tym roku narodził się stoner rock przy wydatnej pomocy Branta, który w owym czasie był perkusistą Kyussa. Odpowiadał też za koncept “Blues for The Red Sun”, płyty uważanej za jeden z najważniejszych albumów lat 90. Na dodatek, najlepsze utwory Kyussa wyszły spod jego ręki. Wystarczy tylko wspomnieć “50 Million Year Trip (Downside Up)” właśnie z “Blues…” czy “Gardenię” z “Welcome to Sky Valley”. Po odejściu z zespołu krótko po australijskiej trasie z Metalliką, zajął się muzyką na własną rękę i choć nie zrobił takiej kariery jak Josh Homme, to śmiem twierdzić, że jest równie utalentowany co rudzielec.

Od czasów Kyussa minęło 15 lat. W tym czasie Brant wytworzył swój własny styl, którego nie można pomylić niczym innym. Nie stał się jednak czymś na kształt AC/DC, każda jego płyta jest inna od poprzedniej, choć nadal mieści się w konwencji desert rocka, stylu, za którego powstaniem stoi między innymi on sam.

“Gods & Goddesses” zaczynają się tak Brantowo, że mam wrażenie, że to jakiś okropny autoplagiat, jednak po kilkusekundowym wstępie jest coś, czego Brant wcześniej nie grał: klasyczne boogie. A potem mamy już klasycznego Branta. Chwytliwe refreny, funkowe podbicie, dużo “kaczki” i fuzzu, przestrzenny, rozpalony kalifornijskim słońcem hippisowski rock. Tym, co wyróżnia “Gods & Goddesses” spośród pozostałych płyt Bjorka jest jej “space-rockowość”, echa i pogłosy.

Najbardziej te wpływy słychać w “Little World”, które brzmi jak skrzyżowanie Kyussa z Earthless. “The Future Rock (We Got It)” to typowy Brantowy rocker, prosto do przodu, z punkowym zacięciem, ale i z tym space’owym pogłosem nałożonym na wokal. “Porto” idealnie wpisuje się w styl “Jalamanty”, przepysznie, funkowo bujając. Kończące “Somewhere Some Woman” zaczyna się Kyussowo, a pod koniec staje się bardzo Youngowe z mnóstwem przesterów i przeciąganych dźwięków gitar. “Radio Mecca” to groover, jakich jest wiele w twórczości Branta.

“Gods and Goddesses” nie jest płytą na miarę “Jalamanty”, “Punk Rock Guilt” czy nawet “Brant Bjork and the Operators”. Jednak jest to płyta na tyle równa i na wystarczająco wysokim poziomie, by zagościć w moim podsumowaniu roku gdzieś w pierwszej dziesiątce.

Michał Wieczorek