Relacjeprzemek

Bratysławska jesień – relacja z Waves Bratislava

Relacjeprzemek

Bratysławska jesień – relacja z Waves Bratislava
Bratysława/30.09-04.10.2015

Pierwszy weekend października warto spędzić nad Dunajem.


Waves Central Europe jest jednym z największych przeglądów w Europie Środkowo-Wschodniej. Festiwal odbywa się w dwóch stolicach – Wiedniu (po raz piąty) i Bratysławie (po raz trzeci). Ja wybrałem się na Słowację, gdzie w ciągu trzech dni zagrało ponad 120 artystów.

Bardzo dobrym rozwiązaniem było nadanie pewnych ram programowych każdemu z klubów. I tak, w piwnicznej, mocno krakowskiej Fudze królowały gitarowe brzmienia, największe słowackie gwiazdy grały w starej hali targowej, Urban House i Instytut Polski oddały swoją przestrzeń wszelkiej maści songwriterom, V-Klub opanowała rodzima alternatywa, Nu Club i Dole prezentowały najświeższą elektronikę. Jednak jeśli chodzi o miejsca koncertowe to nie do przebicia była przestrzeń KC Dunaj – klub i sala koncertowa położona na czwartym piętrze socjalistycznego centrum handlowego z pięknym widokiem na całą Bratysławę i położony na wzgórzu zamek.

Alina Orlova fot. Frantisek Halas

Jeszcze lepszym pomysłem było wybranie miejsc zlokalizowanych przy jednym placu, Namestie SNP (lub jego najbliższych okolicach). Coś nie do pomyślenia w Warszawie, czy nawet w Wiedniu, gdzie odbywała się druga część Waves Central Europe. Tam trzeba było się poruszać komunikacją miejską między lokacjami, w Bratysławie dzieliło je od siebie w najgorszym wypadku pięć minut spaceru. Dzięki temu dało się zobaczyć więcej koncertów, a gdy jakiś występ nie zachwycał, można było go bez żalu opuścić i w klubie obok zobaczyć kogoś innego. Tak się jednak szczęśliwie złożyło, że nie musiałem za często zmieniać klubów.

Na kilka koncertów nastawiałem się dość mocno i na szczęście spełniły moje oczekiwania. Alinę Orlovą widziałem poprzednio pięć lat temu w Gdańsku i prze ten czas Litwinka poczyniła ogromne postępy. Nadal czarowała nieśmiałością, ale jednocześnie emanowała sceniczną charyzmą. Piosenki z jej najnowszego albumu “88″, zdominowały set, jednak najbardziej cieszyły mnie stare kawałki, zaśpiewane po litewsku. W tym samym miejscu następnego dnia muzykę estońską pokazywała Mari Kalkun. Jedynie z towarzyszeniem kannel, lokalnej cytry przypominającej litewskie kankles. Co ciekawe, sama je zbudowała.

fot. Michal Lukac

Sporo czasu spędziłem w kameralnym Instytucie Polskim, wśród delikatnych dźwięków gitar akustycznych i fortepianu. Tu zobaczyłem Norweżkę Siv Jakobsen oraz debiutantkę z Łotwy, Alise Joste, które warto obserwować, bo piosenki mają już fantastyczne. Wśród solistów wyróżniał się Jurgis Did z Litwy. Za pomocą gitary i sporego zestawu efektów mieszał R’n'B, folk, disco czy bardzo radiowy pop. Trochę za dużo tego wszystkiego, a gdy dodamy do tego chęć zrobienia show i wejścia w bardzo bliską interakcję z publicznością, przestaje dziwić, że Słowacy gremialnie wychodzili z jego koncertu. U mnie wywołał dość ambiwalentne odczucia. Za to jedno wiem na pewno, powinien słuchać mniej Stinga.

Muzyki stricte gitarowej na Waves w Bratysławie nie było dużo, ale i w tej materii znalazło kilkoro obiecujących wykonawców. To przede wszystkim PINS z Manchesteru, pięć dziewczyn grających głośny, lekko glamowy post-punk. One nie miały żadnych problemów z podbiciem publiczności (co wcale nie było takie oczywiste, bo Słowacy na większość koncertów reagowali dość chłodno). Od pierwszych do ostatnich dźwięków dały z siebie wszystko. Aż chciało się zakrzyknąć “girls to the front!”. Todd Dorigo, również pochodzący z Wysp Brytyjskich, trochę za bardzo stylizował się na Marca Bolana z T.Rex, ale zaangażowaniem mógł obdzielić przynajmniej kilkoro innych wykonawców. Pozytywnym zaskoczeniem byli Słowacy z Bad Karma Boy, którzy w V Klubie łączyli chwytliwe melodie z gitarowym hałasem i lekką dawką amerykańskiego folku. A jeśli o folk chodzi, urzekła mnie Katarzia. Skromna, lekko wycofana, z przeszywającymi piosenkami, ale i obdarzona sporym poczuciem humoru – na sam koniec nieporadnie rapowała.

Niestety, niemożliwe było zobaczenie wszystkich koncertów, do tej pory żałuję, że nie widziałem, jak na scenie poradzili sobie Austriacy z Gasmac Gilmore, którzy przed swoim występem rozkręcili alternatywną imprezę przed Starą Trżnicą. Rodacy Mozarta grają bardzo bałkańską, z całym sztafażem dęciaków, łącząc je z rapem i metalem. Umknęła mi też większość polskiej reprezentacji, widziałem jedynie końcówkę xxanaxxu.

fot. Ondrej Koscik

Na osobne wspomnienie zasługuje Bratysława, cicha gwiazda festiwalu – nie samą muzyką człowiek przecież żyje. Nieduża, kompaktowa wręcz, idealna na weekend. Stare miasto z krętymi uliczkami przypomina o średniowieczniej chwale miasta. Warto się w nich zgubić choć na chwilę. Wolicie modernę? Stolica Slowacji też ma sporo do zaoferowania, od największej na świecie poczty przez przypominającą odwróconą piramidę siedzibę radia do fantazyjnego Nowego Mostu nad Dunajem. Z samego szczytu pylonu rozpościera się zapierający widok na miasto i położoną po drugiej stronie Petrżalkę, jedno największych blokowisk w Europie. A skoro o wycieczkach mowa, jak już dotrzecie do Bratysławy, wybierzcie się na Devin, gdzie u zbiegu Morawy i Dunaju traficie na ruiny potężnego zamku, górującego nad winnicami – wszystko w granicach miasta.

Blisko stąd do Austrii, co pokazali nam organizatorzy zabierając nas na rejs do Hainburga. W tym niewielkim miasteczku, które przecina malownicza linia kolejowa, znajduje się spore centrum kulturalne – Kulturfabrik. O zaletach Wiednia chyba wszyscy wiecie. To co, widzimy się na Waves za rok? Ja przyjeżdżam na pewno.

Michał Wieczorek