Brett Anderson – “Black Rainbows”

Brett Anderson - “Black Rainbows”
EMI/2011

Świat się zmienia, a Brett Anderson ciągle taki sam.

Z tą płytą miałem olbrzymi problem. “Black Rainbows” nie wpływa bowiem w żaden sposób na całościowy odbiór twórczości Bretta Andersona. Słucha się tych piosenek przyjemnie, ale spokojnie można wyobrazić sobie życie bez znajomości albumu. Podobnie jak nie powinno być problemu z wizją egzystencji bez zapoznania się z wszystkimi solowymi dokonaniami artysty. Brett Anderson to przede wszystkim Suede, a jego samotne muzyczne wyprawy można potraktować zaledwie jako bonus czy też dowód tego, że artysta musi cały czas tworzyć, by nie utracić talentu. Z drugiej jednak strony wszystkie młode kapele, które starają się wskrzesić ducha brit-popu mogą wokaliście Suede pozazdrościć pomysłowości (charyzmy, witalności i umiejętności wokalnych przy okazji również). Uczniowie w tym przypadku chyba nigdy nie przegonią mistrzów.

“Black Rainbows” tym różni się od wszystkich albumów macierzystego zespołu Andersona, że właściwie nie sposób na nim odnaleźć przebojów, które moglibyśmy sobie nucić pod nosem. To zestaw dziesięciu rockowych ballad, które nie potrafią w żaden sposób zaskoczyć słuchacza, a zwłaszcza fana Suede. Na siłę można szukać wyróżniających się momentów – singlowe “Brittle Heart”, niesamowicie wciągający refren “Actors” i romantyczne do granic wytrzymałości “Possession”. Muzyka idealna jako tło do leżenia i patrzenia w sufit po alkoholowych bijatykach czy nieudanych podrywach.

Na “Black Rainbows” Brett nie próbuje nawiązać znajomości z nowoczesnymi technologiami. Oczywiście można potraktować to jako wadę i mówić o tym, że artysta w żaden sposób się nie rozwija. Bądźmy jednak poważni – czy ktoś od niego tego oczekuje i czy on musi nam jeszcze coś udowadniać? Osoby, które nie cierpią Suede, w żaden sposób nie zmienią swojej opinii. Dla nich jednak artysta ma do powiedzenia tyle:  “I’m still burning”. “Black Rainbows” to kolejny rozdział tej samej powieści. Brett ciągle rozwija w typowy dla siebie sposób meandry relacji miłosnych, nadal jest melancholijny i w konsekwencji pozostaje sobą.

Suede miałem przyjemność w tym roku widzieć na żywo i od razu rzucało się w oczy, że Brett Anderson jest w doskonałej formie. Szkoda, że wraz z jego entuzjazmem nie szła w parze radość zgromadzonej pod sceną publiki. Brett tańczył, prosił ludzi o wspólne śpiewanie tekstów, Belgowie jednak stali jak słupy. O zawodzie nie sposób jednak w żaden sposób mówić. Po solowej płycie nie spodziewałem się zbyt wiele. Obcowanie z nią mimo wszystko narobiło dużego apetytu na to, co nas czeka w przypadku nadchodzącego albumu Suede. Wydaje się, że będzie dobrze. “Black Rainbows” to przecież całkiem udana inwokacja, ale tylko inwokacja.

Michał Stępniak