Brighton pokochało Sorry Boys

Brighton pokochało Sorry Boys

O festiwalu The Great Escape rozmawiamy z Belą Komoszyńską i Tomaszem Dąbrowskim.

Jak wyglądała wasza droga do festiwalu The Great Escape 2016?

Tomasz Dąbrowski: Dwa lata temu, po pierwszej edycji Spring Break w Poznaniu, dostaliśmy zaproszenie od organizatorów Reeperbahn Festival, odbywającego się w Hamburgu, gdzie zagraliśmy pod szyldem Don’t Panic! We’re From Poland! I po nitce do kłębka, otrzymaliśmy szansę występu na The Great Escape Festival, na którym zagraliśmy dwa koncerty. Jeden pod szyldem Don’t Panic!… i regularny, festiwalowy TGE.

Kilka dni temu w sieci pojawiły się niezwykle pochlebne recenzje waszego występu. Docierają do was gratulacje od fanów, przyjaciół?

Bela Komoszyńska: Wiele osób pisało do nas z gratulacjami. Entuzjazm jest zaraźliwy i to był naprawdę bardzo uskrzydlający dla nas czas. Jesteśmy za te entuzjastyczne reakcje bardzo wdzięczni.

Tomasz: Nieczęsto zdarza nam się występować podczas zagranicznych festiwali czy też showcase’ów. Tym bardziej miło jest słyszeć i czuć to wsparcie.

Po koncertach mieliście poczucie, że wydarzyło się coś szczególnego?

Bela: Miałam poczucie, że udało się wytworzyć coś niezwykłego na tych dwóch koncertach, że publiczność jest maksymalnie skupiona na tym, co widzi i słyszy i że jest między nami porozumienie. To chwilowe poczucie wspólnoty między obcymi ludźmi. Mocno przeżyliśmy oba koncerty i schodziliśmy ze sceny szczęśliwi.

Tomasz: Niesamowitym wydarzeniem był fakt, że drugiego dnia – wychodząc na scenę – zobaczyliśmy klub wypełniony przez festiwalowiczów do ostatniego miejsca. Podobno bardzo dużo osób nie mogło wejść z braku miejsc. Publiczność bardzo żywiołowo reagowała. To było dla nas szczególne tym bardziej, że wystąpiliśmy jako zespół praktycznie nikomu nieznany.

Mieliście okazję bliżej poznać Brighton?

Bela: Dużo spacerowaliśmy po Brighton, pozwoliliśmy sobie zgubić się w jego wąskich uliczkach i nasiąkać atmosferą. Jest to piękne miasto, kuszące do tego, żeby się w nim zakochać i w nim zamieszkać, jak zrobił to Nick Cave. Połączenie nadmorskiego kurortu z drugą kulturalną stolicą Wielkiej Brytanii. Kiedy tam byliśmy, poza The Great Escape, odbywały się jednocześnie dwa inne duże festiwale – mulitidyscyplinarny “Brighton Fringe” i “Brighton Festival”, którego kuratorem w tym roku była Laurie Anderson – to wiele mówi o rozmachu życia artystycznego tego miasta!

Tomasz: Spędziliśmy dwa wieczory na spacerach. W co trzeciej knajpie odbywał się jakiś koncert, nawet niezwiązany z TGE. Dało sie odczuć muzyczną kulturę. Dla nas był to ważny wyjazd. Ostatnio niewiele graliśmy, a w Brighton mogliśmy poświęcić sobie dużo czasu.

Graliście na największych polskich festiwalach: Open’er, za chwilę Orange Warsaw. Jak wyglądają nasze imprezy muzyczne na tle krajów zachodnich?

Bela: W moim odczuciu polskie festiwale nie odstają niczym od zagranicznych, a nierzadko je wyprzedzają, swoją formułą, programem czy lokalizacją.

Tomasz: Nie jestem w stanie jednoznacznie dostrzec różnicy, ponieważ są to inne formuły festiwalowe. Wymieniłeś jedne z największych festiwali w Polsce, naprawdę duże sceny, gdzie wszystko jest jak należy, od opieki technicznej doświadczonych osób, aż po nagłośnienie. My natomiast do tej pory na zachodzie zagraliśmy koncerty w klubach. Formuła jaką jest showcase rządzi się nieco innymi prawami. Masz o wiele mniej czasu na próbę, czasami musisz wyrobić się ze wszystkim w dziesięć minut, tak jak to miało miejsce podczas Great Escape. To od technicznej strony. Natomiast słuchacze, festiwalowicze w podobny sposób czerpią z tego radość, chłoną muzykę.

Po Brighton liczycie na jakąś kontynuację i szansę zagrania na innych zachodnich festiwalach?

Bela: Bardzo byśmy chcieli. Trzymajcie kciuki, bo wiele w tym wszystkim potrzeba też szczęścia.

Tomasz: Nieustannie marzymy, liczymy na kontynuację, rozmawiamy o tym. To ma ogromny sens. Chodzi o poczucie, że robisz wszystko co w twojej mocy, nawet jeśli spełni się tylko ułamek tych marzeń.

Rozmawiał: Tomasz Błaszkiewicz
Fot. Sorry Boys