Can – “Tago Mago”

Can – “Tago Mago”
Mute / 2011

Zakurzona perełka krautrockowej legendy.

“Can jest jednym z tych zespołów, o których więcej się słyszy niż się słucha” (jak trafnie spuentował to portal Pitchfork)*. W przeciwieństwie do stylistyki krautrocka, której byli prekursorami, nie udało się im zagościć w świadomości słuchaczy dostatecznie mocno, by stworzyć legendę. A zadatki na takową mieli spore. Odniesienia i inspiracje ich muzyką słychać u GY!BE, Davida Bowie czy The Flaming Lips i Joy Division. Hajp na wszystko co niemodne zwany potocznie hipsterstwem jest dla mnie pojęciem czysto pejoratywnym. “Im mniej znane tym lepsze” – hasło przyświecające tej idei od czasu do czasu potrafi zdmuchnąć kurz z czegoś naprawdę wartościowego. Tak właśnie stało się w przypadku płyty “Tago Mago” zespołu Can, która w swoje czterdziestolecie(!) doczekała się reedycji.

Muzyka Can jest tak awangardowa, że nazwanie jej eksperymentalno-psychodelicznym rockiem byłoby dla niej obrazą. Kompozycje tej niemieckiej (RFN) grupy na “Tago Mago” bardziej przypominają frywolny jam-rock, którego siłą napędową była jazzowa rytmika perkusyjna i improwizowane zagrania gitar z klawiszami. Wszystko brzmiało tak, jakby miała być to jedyna okazja na usłyszenie tego utwor właśnie w takiej formie. Zawiera się w tym pewnego rodzaju obraz wolności, dla której lata 70. były idealnym domem. Basista grupy Holger Czukay mówił o albumie: “Była to swoista próba, sięgnięcia po tajęmnicę muzyki, od światła do ciemności i z powrotem”.

Każdy kolejny utwór na płycie dosadnie daje nam do zrozumienia, że nie ma tutaj miejsca na jakiekolwiek półśrodki. Przez co dostajemy czasem nieomalże dwudziestominutowe komozycje, w których znaleźć można dosłownie wszystko. Od okazjonalnego uderzania w cokolwiek, po genialne jazzowe solówki czy też szczekanie psów(!) i krzyki. O przełamaniach i zabawie dźwiękami w obrębie tych opasłych kompozycji, wspominać nie trzeba. Nawet kwestie wokalu na “Tago Mago” nie mogą być oczywiste. Słowa, które wyśpiewuje Damo Suzuki (świeży nabytek grupy) są celowo tak zniekształcone i zafałszowane, że możemy w tym miejscu wspomnieć tylko o wokalizach. Niesamowite wrażenie robi przy tej płycie proces produkcji, prowadzony przez Czukaya. Ścieżki dzwiękowe zostały, dosłownie, potraktowane wszystkim co dostępne było w latach 70. Efekty czasami są mizerne, ale same ambicje godne podziwu.

“Tago Mago” to siedem piosenek o łącznej długości siedemdziesięciu trzech minut. Całość rozpoczyna całkiem klasyczne, kojarzące się z King Crimson, dzieło “Paperhouse” z całkiem wyraźną linią melodyczną (co nie jest w późniejszych utworach standardem).  Przez kolejny “Mushroom” przebrniemy całkiem gładko przy rytmicznej perkusji i sporadycznych wycieczkach gitar. Prawdziwa zabawa na płycie zaczyna się od osiemnastominutowego “Halleluwah”, który posiada już wszystkie cechy typowego utworu Can, ze znakiem markowym w postaci nagłych, agresywnych dźwięków, które przedzierają spokojną kompozycję na pół. Natomiast “Aumgn” i “Peking O” to jakby kopie poprzednich utworów tylko bez oglądania się na jakąkolwiek rytmikę. Atmosfera w tych kopmozycjach staje się chwilami naprawdę ciężka i nieprzyjemna. Zamykający album “Bring Me Coffee or Tea” to powrót do melodii i rytmiki, która w tym utworze kojarzy mi się nieodzownie ze złotą jesienią. Druga płyta zawiera zapis trzech utworów wykonanych na żywo w 72. W skład, których wchodzą: “Spoon”, “Mushroom” i “Halleluwah”.

Can to zespół, który przecierał ślady nie tylko muzycznej awangardzie. Ich wkład w muzykę jest nie do przecenienia. Tak samo jak album “Tago Mago” dla twórczości zespołu. Eksperyment, którego pozytywne wyniki zaskoczyły samych muzyków. Wypada przynajmniej przesłuchać.

*W tym miejscu chciałem umieścić małe sprostowanie. Nie była moim zamysłem kradzież intelektualna tego ‘zdania’. Gdzieś w mojej głowie dźwięczały te słowa, których nie potrafiłem przypisać do osoby/strony/czegokolwiek. Jeżeli ktoś poczuł się urażony tym nadużyciem to przepraszam.
Chciałem również pozdrowić wszystkich haterów związanych z paroma portalami/stronami, którym w ten sposób dałem możliwość do wyładowania frustracji.  :)

Tomek Milewski