Carly Rae Jepsen – “Emotion”

Carly Rae Jepsen – “Emotion”
Interscope/School Boy/2015

Zaskakująca perełka.

“Call Me Maybe” wyrządziło Carly Rae Jepsen nieco krzywdy. Piosenka była wprawdzie świetna, ale wokalistka zaczęła wkrótce funkcjonować jako “autorka jednego przeboju”. Niewiele osób zwróciło uwagę, że cały album “Kiss” wypełniony był mniej lub bardziej dobrymi utworami. Wiele więc zapowiadało, że Jepsen, nie do końca ze swej winy, powtórzy losy innych dziewczyn, marzących o sławie i robiących tylko jeden spektakularny krok, by potem dać o sobie zapomnieć. Okazuje się, że piosenkarka była jednak w stanie wejść na zdecydowanie wyższy poziom. Istnieją też przesłanki pozwalające stwierdzić, że teraz przyszedł właśnie czas, by Jepsen przestała być tylko tą dziewczyną od “Call Me Maybe”.

Początkowo ze sporymi obawami podchodziłem do “Emotion”. Można było się bowiem spodziewać kolejnego albumu, na którym zamieszczony zostanie jeden przebój, ze dwie piosenki z chwytliwymi refrenami oraz reszta wypełniaczy, których na dłuższą metę słuchać nie sposób. Po przesłuchaniu płyty wstyd wydał mi się najodpowiedniejszą reakcją. Wstyd za kolejną pomyłkę popełnioną w życiu. “Emotion” to płyta świetna, momentami wręcz fantastyczna. Stało się tak jak pragnęła Jepsen i jej współpracownicy – nie mamy tutaj do czynienia z przebojami w typowo komercyjnym tego słowa znaczeniu, ale raczej materiałem, który może być zaaprobowany przez bardziej wymagających odbiorców. To nie jest też płyta, w której wybór singla jest oczywistością, bo oczywistej piosenki z banalnymi rozwiązaniami, jaką stacje radiowe mogłyby puszczać raz na godzinę, tutaj po prostu nie ma. Podobać się ma cały album – taki był zamiar Jepsen i cel udało się osiągnąć. Nie oznacza to jednak, że nie ma tutaj popowych “dynamitów”, bo też niemal każda z piosenek do takiego miana aspiruje.

“Emotion” to zgodnie z przewidywaniami album, którego inspiracje sięgają przede wszystkim lat 80. Nagrań dokonano w trzech miastach – Nowym Jorku, Los Angeles i Sztokholmie, a w roli producentów wystąpiła prawdziwa “czołówka”, m.in. Dev Hynes, Ariel Rechtshaid czy Rostam Batmanglij z Vampire Weekend . Taki miszmasz nie wpłynął na brak spójności, co w przypadku tego rodzaju albumów stanowi spore osiągnięcie. Oprócz wypraw w przeszłość, na płycie usłyszeć można dużo nieco bardziej uwspółcześnionych brzmień. Przywołanie jako porównania nazwiska Taylor Swift nie będzie z pewnością zbrodnią, ale i coś z Haim, La Roux czy Robyn można tu też usłyszeć.  Szukając inspiracji nieco głębiej odpowiednie stanie się wskazanie wczesnych nagrań Madonny czy Janet Jackson. W konsekwencji przebojowe refreny łączą się z klimatycznymi balladami, nastrojowość z idealnymi podkładami do tańca, pop z funkiem.  Nie jest zaskoczeniem natomiast fakt, że warstwa liryczna nie należy do najwybitniejszych osiągnięć. Głębi tutaj nie doświadczymy, a rzecz raczej ma trafiać do nastolatek czy osób, które mają nieco naiwne podejście do kwestii uczuć czy też chcą po prostu się bawić. Żenady na szczęście nie ma, a całość najlepiej obrazuje fragment: I think I broke up with my boyfriend today / And I don’t really care.

Niektórzy nie chcą muzyce pop w bardziej komercyjnym wydaniu dać w ogóle szansy. Reagują alergicznie na każde nazwisko, które pojawia się w popularnych stacjach radiowych i telewizyjnych, a plakaty przedstawiające piosenkarki i piosenkarzy najchętniej by pognietli czy domalowali podobiznom wąsy. Czasami jednak okazuje się, że w tym gąszczu gwiazdeczek znajduje się kilka perełek. Carly Rae Jepsen jest niewątpliwie jedną z nich, zaś  ”Emotion” to jedna z kandydatek do najlepszej płyty pop tego roku.

Michał Stępniak