Charles Bradley – “No Time For Dreaming”

Charles Bradley – “No Time For Dreaming”
Daptone Records/2011

Najbardziej spóźniony debiut roku.

Nawet nie tyle roku, co życia. Charles Bradley urodził się na Florydzie w 1948 roku. Tak, to nie żart, ani drukarski chochlik, ten tegoroczny debiutant ma 63 lata. I ciężkie życie za sobą. Jego większość spędził jako kucharz w szpitalu psychiatrycznym w Nowej Anglii. Wychowany w najbiedniejszych częściach Brooklynu, Bradley sam mówi, że jego jedynym pozytywnym wspomnieniem z dzieciństwa jest koncert Jamesa Browna z 1964 roku. Ten koncert był też dla młodego Charlesa inspiracją i natchnieniem. Przez całe życie próbował rozpocząć karierę z różnymi zespołami, ale Fortuna nie była dla niego łaskawa. Udało się dopiero dwa lata temu, gdy wrócił do Nowego Jorku po latach mieszkania na Zachodnim Wybrzeżu i Nowej Anglii. W jednym z małych klubów, gdzie grał covery Jamesa Browna, zauważył go szef Daptone Records. I od razu zaproponował mu kontrakt.

Nic w tym dziwnego. Bradley jest obdarzony wyjątkowym, hipnotyzującym, zachrypniętym głosem. Jego ciężkie życie słychać nie tylko w autobiograficznych tekstach, ale i samym brzmieniu głosu. Przebija przez niego zmęczenie, smutek i żal. Swoje historie Charles ubiera w klasycznych soul, prosto z lat swojej młodości.

Za tę warstwę odpowiada złożony w 100% z białasów Menahan Street Band. Mimo tego ich soul nie jest ani w jednym gramie “niebieskooki”. To prawdziwie czarna muzyka, idealnie wyważona między melancholią a pięknem. Takiej ekipy nie powstydziłaby się Aretha Franklin. Są po prostu doskonali, żywcem wyciągnięci z małego, zadymionego klubu na Manhattanie. Nie jest to dalekie od prawdy, jedyna różnica jest taka, że są z Brooklynu. “The Telephone Song” to odświeżona wersja “Tired of Fighting” z debiutu MSB, Charles jedynie dograł wokale. Dzięki niemu piosenka, która była jednym ze średniaków na “Made the Road By Walking” tutaj jest jednym z najjaśniejszych punktów. Zresztą tu są same jasne punkty.

W tekstach Charles nie narzeka na swoje życie, momentami przyjmuje postawę mistrza Zen, który wyroki losu przyjmuje z pokorą. Czasem, jak w “Golden Rule” zmienia się w pełnego żaru kaznodzieję, który chce zmienić ludzi, czasem jest nieszczęśliwym kochankiem. W piosence tytułowej śpiewa, że życie jest za krótkie na marzenia i że zamiast je tracić na ich snucie, trzeba zabrać się do roboty. Dokładnie tak, jak on robił przez 63 lata.

Cóż można napisać, nie dość, że płyta broni się sama, to jeszcze stoi za nią przejmująca historia.

Michał Wieczorek