Charli XCX – “True Romance”

Charli XCX - “True Romance”
IAMSOUND/2013

Dobrego popu nigdy za wiele.

21-letnia Charlotte Aitchison nie wyskoczyła nagle z kapusty – wtajemniczeni mogli zapoznawać się z jej twórczością już od 2008 roku. Z miesiąca na miesiąc liczba odbiorców twórczości Charli XCX się powiększała, co miało związek z proponowaniem kolejnych singli czy mixtape-ów oraz promowaniem siebie na chyba wszystkich możliwych popularnych serwisach społecznościowych. Decyzja o wydaniu długogrającej płyty odwlekana była dość długo. Mało brakowało, a pompowany balonik by w końcu pękł. Artystka nie popełniła jednak błędu Azealii Banks i stara się wykorzystać swoją szansę, tym samym dając nadzieję, że nie będzie kolejną z przedstawicielek płci pięknej, która staje się tylko sezonową gwiazdeczką.

“True Romance” to pop, który posiada niemal wszystkie elementy, jakie wymagane są przez osoby zajmujące się doborem muzyki do komercyjnych stacji radiowych. Artystka przyznawała w wywiadach, że inspiracją jest dla niej twórczość m.in. Britney Spears czy Spice Girls. Na albumie, na szczęście, słychać, że znajomość muzyki nie ogranicza się tylko do tych dwóch nazw i im pokrewnych. Co więc dostajemy? Charli XCX proponuje coś, co groźnie i bezsensownie bywa nazywane gotyckim popem. Określenie to najwyraźniej odpowiada  samej artystce i osobom odpowiedzialnym za działania marketingowe, bo nawet na okładce albumu Charlotte wygląda niczym uczestnik festiwalu, który został błyskotliwie nazwany przez jednego z polskich wokalistów, “zlotem fanów Harry’ego Pottera”. Stylistycznie momentami da się wychwycić podobieństwa np. do Zoli Jesus, ale nie będzie przesadą stwierdzenie, że “True Romance” jest nieco bardziej zwariowane, radosne i, nie szukając bardziej górnolotnych określeń, fajniejsze. Rezultatem jest pewnego rodzaju eklektyzm, ale nie ma też co przesadzać w tym aspekcie, bo głównym wyznacznikiem staje się jednak szeroko rozumiany pop, będący w tym przypadku zdecydowanie lepszą odmianą projektu Marina and the Diamonds. Otrzymujemy więc trochę przebojów (“Nuclear Seasons”, “Stay Away”), zabaw z elektroniką w stylu Grimes (“Grins”), “britney’owych” wycieczek (“Take My Hand”), machania łapką do R&B (świetne “Cloud Aura”), przebierania się w potrafiącą śpiewać odmianę Uffie (“So Far Away”), ukłonów w stronę lat osiemdziesiątych (“How Can I”) i, niestety, też trochę nie do końca zidentyfikowanego, zbędnego badziewia (“Black Roses”).

Zasadniczy problem polega na tym, że płyta nie przynosi żadnych zaskoczeń i ma to związek głównie z tym, że mamy do czynienia z albumem nieco spóźnionym. W zasadzie nowością są jedynie cztery utwory, a pozostałe można było już usłyszeć w identycznych lub nieco oszczędniejszych wersjach. Kto ich nie znał, temu zazdroszczę odkrywania. Kto je znał, temu  wszystkie piosenki zebrane na jednym albumie mogą się wydać męczące, podczas gdy pojedynczo dały się (z wyjątkami) jeszcze podobać czy nawet zachwycać. Przydałaby się więc może nalepka na okładce: “nie słuchać w całości, ale dawkować”. Szkoda chyba też, że nie udało się dogadać i umieścić na finał, kultowego już w niektórych kręgach, “I Love It” nagranego z Icona Pop. Genialny początek (“Nuclear Seasons”) i finał dodałby płycie mały punkcik, co być może przeważyłoby skalę z “bardzo obiecujące” na “świetne”.

Michał Stępniak