Chelsea Wolfe – “Abyss”

Chelsea Wolfe – “Abyss”
Sargent House/2015

Pomiędzy metalem a folkiem.

Niby niewiele zmieniło się od wydanego dwa lata temu “Pain Is Beauty”, tagi “gothic” oraz “folk” wciąż najlepiej opisują brzmienie Chelsea Wolfe, a jednak od pierwszego utworu nie ma wątpliwości, że jej umiejętności kompozytorskie osiągnęły kolejne stadium rozwoju. “Carrion Flowers” otwiera album potężnym basem, jaki nigdy dotąd nie towarzyszył nawiedzonemu głosowi Amerykanki. Gwałtownie urywające się wybuchy niskich tonów przypominają podkłady do filmowych trailerów, z czego na większą skalę skorzystał niedawno Ricardo Donoso. Tutaj towarzyszą im jednak hałaśliwe, ociężałe partie perkusyjne utrzymane w niemal doom metalowym stylu.

“Iron Moon” to kilka kolejnych kroków procesji pogrzebowej. Dosłownie kilka kroków, a w dodatku wykonanych przez kulawych flegmatyków. Momentami tempo staje się tak powolne, że gdyby obniżyć je jeszcze trochę, to można by usłyszeć “Abyss” od tyłu bez użycia gramofonu. Być może część dotychczasowych fanów Wolfe będzie miała trudności z przyznaniem tego, ale po trzecim kawałku utrzymanym w podobnym tonie (“Dragged Out”) udawanie, że nie mamy do czynienia z muzyką metalową staje się bardzo trudne. Oczywiście nie jest to ani Slayer, ani Behemoth, jednak podobnie jak waga ciężka w boksie zaczyna się od 91 kilogramów, tak wyraźnie wyczuwalny ciężar brzmienia oznaczać może tylko jedno. Nie lękajcie się – te trzy ścieżki są zdecydowanie najciekawszymi na całym krążku, a poza członkami zespołu pracowali nad nimi między innymi Mike Sullivan (gitarzysta Russian Circles) oraz D.H. Phillips (gitarzysta True Widow), więc jeżeli nie nosicie dżinsowej kurtki z naszywką Iron Maiden na całe plecy, to nie powinniście poczuć się zawiedzeni.

Od “Maw” album staje się lżejszy, zaczyna mocniej przypominać swojego poprzednika, choć w pełni akustycznych, wyraźnie folkowych utworów nie ma. Odstępy pomiędzy poszczególnymi dźwiękami są zazwyczaj tak duże, że zmieściłby się między nim set Napalm Death (“Simple Death”), zdarzają się jednak eksplozje syntezatorów i skoczne bity (“Color of Blood”), a także niepokojące momenty, które doskonale wpasowałyby się w ścieżkę dźwiękową któregoś z thrillerów Davida Finchera (“The Abyss”). Nie tylko zmysł kompozytorski Chelsea Wolfe wkroczył na wyższy poziom ekspresji, jej wokalne możliwości również odnalazły nowe ujścia, za sprawą których cudownie ponury głos stał się bardziej wszechstronny (słychać to przede wszystkim w “Grey Dyas”).

W okolicach 2013 kuzynki Wednesday Addams i ich minimalistyczna muzyka zaczęły przyciągać uwagę wielu dziennikarzy. Chelsea Wolfe to w tej kategorii najbardziej rozpoznawalna postać, ale równie interesujące wydawnictwa mają na koncie Emma Ruth Rundle, Jenny Hval, Carmen Villain czy Grouper, a każdy kolejny album utrzymany w tej stylistyce skazany jest na porównania właśnie do nich. Na szczęście Chelsea nie poszła na łatwiznę i nie nagrała nowego epizodu pięknej, choć coraz bardziej odtwórczej opowieści. Na “Pain is Beauty” była znakomita, na “Abyss” być może osiągnęła szczyt swoich możliwości i nawet jeżeli okaże się, że nie będzie to najlepsze wydawnictwo w jej karierze, to z całą pewnością jest to jeden z najlepszych albumów tego roku.

Jarosław Kowal