Chet Faker – “Built On Glass”

Chet Faker – “Built On Glass”
Future Classic/Downtown Records/2014

Oczyszczenie przez marudzenie.

Czasem zdarza się, że coś mnie gryzie i nie do końca wiem co. Miotam się na wszystkie strony, żal miesza się ze złością i próbuję opanować wszechogarniające rozdrażnienie. Na szczęście pojawiło się lekarstwo, które pozwala skutecznie oczyścić organizm. Wystarczyło, że posłuchałem debiutanckiego albumu Cheta Fakera pt. “Built On Glass”. Australijczyk podtrzymał mnie na duchu, uspokoił i pomógł wyzbyć się negatywnych emocji. Mogłem niemal z nim porozmawiać o tym, co mi leży na sercu. Choć nie zawsze nadajemy z Chetem na tych samych falach (może jest to bardziej kwestia nastroju, w jakim się w danej chwili znajduję), to jego muzyka ma na mnie wyraźne działanie katartyczne. Trochę sobie z nim pomarudziłem i od razu poczułem się lepiej.

Chet od samego początku wzywa, by uwolnić się od problemów. Ważne, żeby nie przeoczyć tego małego drogowskazu “Release Your Problems” i wtedy proces oczyszczania z burzących spokój emocji będzie przebiegał bez zakłóceń. “Talk Is Cheap” rozpoczyna się świdrującym i drżącym dźwiękiem saksofonu, następnie wprowadzony zostaje niespieszny beat i charakterystyczny dla Fakera klawiszowy motyw. Chwilę później, bez zbędnego owijania w bawełnę, Chet wyśpiewuje marudnym głosem, co i gdzie go nadal boli. Nie do końca wiadomo, czy pogodził się, czy rozstał z dziewczyną, ale pewne jest, że ciągle coś kłuje jego serce. Taka drzazga, którą niby widać gołym okiem, ale nie sposób ją wyciągnąć. Przydałaby się pęseta, ale upuścił ją w lotniskowej poczekalni “No Advice” (Airport Version) i próżno jej szukać. Z ambientowego tła (w stylu “Music For Airports” Briana Eno) wyłaniają się majaczące w oddali głosy, by nagle wyśpiewać dwa zdania. W Fakerze wyraźnie coś pękło i nie wie, jak się z tym uporać. W “Melt” pojawiająca się gościnnie Kilo Kish usiłuje zszyć ranę i smaruje bolące miejsce swoim spokojnym, bliskim recytacji śpiewem, lecz niestety nie może nic poradzić na skomplikowane złamanie z przedawkowaniem. Utwór kojarzy mi się z przebojowym (jak na Cheta) coverem “No Digitty” z repertuaru Blackstreet.

Niedługo później zmienił konwencję. Faker oczywiście dalej marudził, komunikował się ze mną jakby przez zaciśnięte zęby, lecz zrobiło się bardziej rockowo i gdzieś w tle zaczęła wyrywać się gitara. Lawa kotłowała się wewnątrz wulkanu, który wypuszczał kłęby dymu, ale i tym razem nie doszło do erupcji. Chet wyrzucił z siebie tylko tyle, żeby się nie udławić i mam wrażenie, że z lubością pławił się w podtapiającej go reszcie. A przecież niegdyś przyżegano rany, by uniknąć dalszego zakażenia organizmu. Dalej są kłamstwa i zmęczenie. Minimalistyczny “To Me” ładnie nasiąka dźwiękiem, uwalnia i niesie ulgę jak kąpiel po intensywnym dniu pracy. Choć Chet w końcu zrozumiał i wydaje się być bliski pogodzenia się ze stratą, to do gotowości na nowe doznania jeszcze daleko. Jeszcze minie trochę czasu, nim zostawi gitarę w kącie i z deską surfingową pod pachą ruszy w kierunku plaży i piętrzących się fal oceanu. Mało słońca w tej Australii Fakera.

Czas, by przerzucić płytę długogrająca na drugą stronę i sprawdzić, czy przypadkiem nie docierają tam jakieś promienie. Nie byłem specjalnie zaskoczony, gdy w “Blush” igła gramofonu trafiła na jakieś zabrudzenia i niemal się złamała. Na szczęście po chwili okazało się, że wystarczyło tylko przetrzeć odpowiednią miotełką winyl i było słychać, że z płytą i sprzętem wszystko jest w porządku. Łagodna psychodela w stylu Air przeszła płynnie w taneczny utwór. Wyrazisty, “techniczny” początek “1998″ zamienił się w smakowity electro-house. Wreszcie powiało energią i optymizmem. Chet jak chce, to potrafi! Miłe zaskoczenie. “1998″ mógłby zostać nagrany rok przed “1999″ i nikt nie pamiętałby o przeboju Cassius. Faker powtarza w kółko We used to be friends We used to be inner circle, jakby nie do końca rozumiał swoją nową sytuację. Nieco podkurowany Australijczyk trafił w “Cigarettes & Loneliness” na ciągle otwierające się i zamykające się przejazdy kolejowe. Jechać, czy nie jechać? Ryzykować, że przytnie mnie po drodze szlaban, czy może uda się przemknąć? A co, jeśli się uda, lecz zaraz potem porwie mnie UFO? Zostałem wprowadzony w przedziwny rodzaj transu i zaczęła mnie męczyć natrętna powtarzalność motywów tego utworu.

Debiutancki album Fakera to chwilami prawdziwa “Lesson In Patience”. Zawodzące wokale sprawiły, że w końcu zacząłem się zastanawiać, czy jestem w barze czy w zakonie i słucham śpiewu mnichów. Umartwiania ciąg dalszy. Pijacka kakofonia o czwartej czy piątej nad ranem. Poproszę następną kolejkę i mogę pojammować z muzykami. Kołysanka by Chet Faker. Brakuje tylko wokalu Toma Waitsa. Jest za to trup i to nie sprawka Nicka Cave’a. Kompozycja “Dead Body” to takie soulful zombie. Niby ma duszę, którą coś boli, ale co rusz zastanawiam się, czy to jednak nie trup. Trafiłem na stypę, gdzie nawet już instrumenty łapią pozytywny flow, którego zabrakło wokaliście. Śpiewa Over My Dead Body (nie mylić z po moim trupie) -  jakby wyszedł z ciała, spojrzał na siebie, zobaczył leżące w trumnie martwe ciało i zrozumiał, że trzeba żyć dalej i poszukać nieco radości. Mam wielką nadzieję, że to pogrzeb tego marudnego Cheta i jednocześnie narodziny jego optymistycznego wcielenia, które, rzecz jasna, nie musi być zawsze wesołe, ale przynajmniej potrafiłoby zachować właściwą, zdrową równowagę nastrojów.

Na koniec cofnąłem się znów do “1998″. Wtedy człowiek był bardziej beztroski,  mniej marudny i cieszyło go więcej prostych rzeczy. Fakerowi proponuję podobny zabieg, który pomoże mu spojrzeć na pewne sprawy z innej perspektywy i skończyć z marudzeniem. Take my good word Chet (żebym nie musiał śpiewać we used to be friends), podnieś łapę i przybij piątkę.

Szymon Matlak