Cloud Nothings – “Attack on Memory”

Cloud Nothings - “Attack on Memory”
Carpark/2012

Teraz chcą być jak Fugazi.

Do kapel poruszających się po galaktyce nazwanej “post hardcore” podchodzę z bardzo dużą rezerwą. Jeśli w czasie pierwszego odsłuchu płyty nie wyczuwam w sobie wewnętrznej potrzeby jak najszybszego zakończenia znajomości z zespołem, to wypada mi tylko przyznać, iż mam do czynienia z czymś dobrym. Gdy proces ten powtarza się jeszcze kilkakrotnie, to zaczynam podejrzewać, że przypadkiem włożyłem do odtwarzacza niepublikowany materiał Fugazi. W tym bowiem aspekcie bywam bowiem niesamowicie nietolerancyjny i fanatyczny. Nie wymagam od żadnej kapeli, by brzmiała lepiej, ale próba doścignięcia mistrzów jest wielce ryzykowna. Muszę teraz przyznać, że Cloud Nothings odrobinę zachwiało moim muzycznym światopoglądem. W galaktyce “post hardcore” jest nowa gwiazda, świecąca póki co nie do końca jasnym światłem, ale przyszłość jest niesamowicie interesująca.

Gdy ktoś puści sobie najnowszą płytę Cloud Nothings tuż po odsłuchaniu wcześniejszych dwóch albumów, to przeżyje niemały szok. Krok naprzód jest tak olbrzymi, że w zasadzie można się zastanawiać, czy aby na pewno to ten sam zespół. Nie ma już żadnego “lalala” i klimatów ze ścieżki dźwiękowej do “American Pie”. Wydaje się, że ktoś tu się po prostu porządnie zdenerwował i zapragnął się tym ze społeczeństwem podzielić. Do rozstrzygnięcia pozostaje kwestia, jaki wpływ na jakość nagrania miało to, że Dylan Baldi dopuścił do powstawania piosenek kolegów, a nie zmagał się z ich wymyślaniem samotnie w swojej sypialni? Jak wielką rolę odegrał siedzący za konsoletą Steve Albini (jakoś nie wierzę, że “grał sobie tylko w ‘Scrabble’“)? Co młodzieży przekazali panowie z Fucked Up w czasie wspólnej trasy?

“Attack on Memory” zaczyna się niepozornie. Delikatność “No Future/No Past” to jednak tylko przygotowanie się na zdecydowanie inną przygodę. Kiedy w końcówce utworu pojawiają się ryki Baldiego, adrenalina zaczyna płynąć coraz szybciej. Potem nadchodzi epickie dziewięciominutowe “Wasted Days”, którego muzyczny majstersztyk psuje tekst, niebezpiecznie kojarzący się z gniotami w emo-stylu “Sali samobójców” (I know my life’s not gonna change / And I’ll live through all these wasted days). Numer trzy i cztery na płycie to już petardy, które są w stanie zwalić z nóg. Przy okazji “Fall In” i “Stay Useless” mają też najbardziej przebojowy potencjał. Młodociani fani Nirvany powinni się w takich chwilach z wrażenia posikać. Następnie nadchodzi instrumentalny “Seperation” i jest to jeden z najlepszych utworów bez wokalu (co za brzmienie gitar!) jaki słyszałem w ostatnich miesiącach. Po takiej dawce nadchodzi, niestety, powolny spadek formy. “No Sentiment” w porównaniu do poprzednich utworów brzmi już trochę nijako i na koncertach byłby dobrą okazją do udania się na szybkie piwo. Z drugiej strony, jak przejść obojętnie obok manifestu: no nostalgia, no sentiment/ we’re over it now!. Na dostarczenie płynów i obserwacje towarzystwa zgromadzonego na sali warto by więc poczekać. Ostatnie dwa utwory to już bowiem typowe piosenki na “dobranoc” i, niestety, psują one trochę obraz całości. Kiedy jednak puścimy album od nowa, to można zespołowi te poważne potknięcia troszkę wybaczyć.

Biorąc pod uwagę płodność twórczą na kolejny album Cloud Nothings nie trzeba będzie czekać długo. Oby tylko nie zeszli z obranej teraz ścieżki. Czasu jest jeszcze sporo – Dylan Baldi ma dopiero 20 lat i to jest w tym wszystkim najpiękniejsze. Czemu takiego talentu nie widzę w lustrze?

Michał Stępniak