Coheed and Cambria – “The Color Before the Sun”

Coheed and Cambria – “The Color Before the Sun”
300 Entertainment / 2015

Kiedyś trzeba było dorosnąć.

Coheed and Cambria od zawsze byli trochę inni od reszty. Grali niemodnie, progresywnie, trudno, a wszystko okrasili konceptem sci-fi najwyższej próby. Pomimo tego, nieustannie szli w górę i od czasu premiery swojego przełomowego albumu “Good Apollo, I’m Burning Star IV, Vol. 1: From Fear Through The Eyes of Madness” stali się kimś w rodzaju monolitu współczesnego rocka progresywnego. Więc co się dzieje, kiedy po siedmiu płytach skupionych wokół świata wyobrażonego, postanawiają skupić się na tym prawdziwym?

“The Color Before the Sun” to pierwsza płyta, która nie mieści się w kanonie Amory Wars. Może zamiana fikcji na rzeczywistość w przypadku warstwy lirycznej wydaje się być skokiem na głęboką wodę, szczególnie w momencie, kiedy konceptualizm traktuje się jako nieodłączny element grupy, ale patrząc z dalszej perspektywy taka decyzja nie powinna nikogo dziwić. Ósmy album, dwadzieścia lat na scenie, ale przede wszystkim życie, od którego nie można uciec w fikcję. Lider grupy, Claudio Sanchez (zwany także Grzywą), stał się niedawno ojcem, a tak poważna zmiana musiała odbić się na jego psychice. Choć pierwotnie miał przekuć te emocje w album solowy niezwiązany z działalnością macierzystej grupy, reszta kwartetu ochoczo przystąpiła do współpracy, dzięki czemu mamy do czynienia z czymś zupełnie nowym w historii Coheed and Cambria. To już nie kosmiczna saga jest głównym tematem rozważań na płycie, tylko chociażby strach o to, czy będzie się dobrym rodzicem dla swojego dziecka (“Atlas”), podziękowania dla swojej drugiej połówki za wspólne życie (“Here To Mars”) i publiczności za wieczne wsparcie (“The Audience”) czy apel o to, aby robić swoje i nie przejmować się krytykanctwem (“You Got Spirit, Kid”).

Choć w warstwie tekstowej zespół uciekł bardzo daleko od swoich korzeni, muzycznie kontynuuje tradycję mariażu popowych hooków i rockowych riffów. W dużej mierze słychać tu ewolucję w linii prostej z trzech ostatnich płyt, gdzie ciężkość i industrializm “Year of the Black Rainbow” łączy się ze skłonnością do poszukiwań, których uświadczyliśmy sporo na obu częściach “The Afterman”. Oczywiście, nie brakuje pewnych zaskoczeń. Chociażby ich pierwszy singiel, “You Got Spirit, Kid”, zmylił swoją przystępnością, którą można przyrównywać do ich pop-punkowego flirtu spod znaku “Blood Red Summer”, bo w kontekście całej płyty jest to zdecydowany lider, wspaniały crowd-pleaser, który z pewnością sprawdza się na żywo. “The Audience” w ciągu sześciu minut z kawałkiem zmienia tempo kilkukrotnie, wprowadza nerwową atmosferę przerywanymi riffami i brzmi, jak kompozycja wyjęta z czeluści początków grupy. Zaś chyba najdziwniejszym punktem jest niemal akustyczny “Ghost”. Sanchez nie brzmiał tak głęboko i przenikliwie od dawna eksplorując dolne rejestry swojego wokalu jednocześnie grając bardzo spokojnie i oszczędnie. Ma to związek z przeprowadzką do Nowego Jorku, gdzie żyjąc w mieszkaniu zdziwił się, ile słyszy rzeczy, które dzieją się u jego sąsiadów i jest pewien, że oni też słyszą jego śpiew, co ponoć bardzo go peszyło. Miasto jest też ważnym elementem albumu -dźwięki stacji metra rozpoczynające utwór “Island” zastąpiły standardowe, instrumentalne introdukcje charakterystyczne dla poprzednich albumów, co tylko dobitniej pokazuje, że jest to zupełnie nowy twór.

Ósmy album Amerykanów nie próbuje odpowiadać na sprawy życia i śmierci, nie sili się na historię natchnioną i przekombinowaną. To prosta (ale nie prostacka!) opowieść o dojrzałości i świadomości swojego miejsca w życiu. Choć osobiście jestem wielkim fanem szalonych pomysłów i monumentalnych opowieści spod znaku pierwszych albumów, cieszę się, że podjęli tak odważną decyzję. Pierwsze miejsca na listach sprzedaży tylko to potwierdzają.

Kuba Serafin