Coldair – “Far South”

Coldair – “Far South”
Antena Krzyku/2011

Sypialniane piękno.

Tobiasz Biliński swój drugi solowy album nagrał, podobnie jak debiut, prawie całkiem sam (ponownie jedynym wyjątkiem jest trąbka). Podobnie, jak “Persephone”, “Far South” jest wypełnione delikatnym, sypialnianym urokiem. I tutaj kończą się między nimi większe podobieństwa.

“Far South” jest płytą bardziej przemyślaną i dopracowaną. “Persephone” była zbiorem szkiców bardzo ładnych utworów. Tutaj jest sześć doszlifowanych, bardzo ładnych piosenek. Owszem, sześć, choć ścieżek osiem. Tobiasz postanowił podzielić ostatni utwór “What Is There to Know” na trzy części. Płytę rozpoczyna podobnie długie (acz niepodzielone) “I Wonder/Outdated”. Obie piosenki są ramą dla pozostałych, dużo krótszych perełek.

Nieprzypadkowo użyłem tego słowa. Tobiasz ma niezwykłą zdolność do pisania prostych, przepięknych melodii. W przeciwieństwie do Kyst, te melodie są na pierwszym planie. Niektórych nie powstydziliby się Mumford & Sons. Melodie Tobiasz ubrał w poszukujący folk w stylu Phila Elveruma. Kojarzy mi się też z Willem Samsonem, a momentami ze Szwedami z Immanu El. Tak, jak muzyka tych wszystkich, “Far South” jest niezwykle eteryczna. Choć Tobiasz nagrywał ją w domu, to pełna jest przeszkadzajek, cymbałków, ale mimo tego dość surowa.

Można znaleźć analogię między płytami solowymi Coldair a albumami Kyst. “Waterworks” wyprzedza “Cotton Touch” o kilka długości, a “Far South” – “Persephone” mniej wiecej o tyle samo, co wciąż oznacza, że Tobiasz radzi sobie lepiej sam niż zespołem.

Michał Wieczorek