Coldplay – “Mylo Xyloto”

Coldplay – “Mylo Xyloto”
Parlophone/2011

Krytykować jest niezwykle łatwo, ale w tym przypadku nie mam innego wyboru…

Mam kilku znajomych, których światopogląd muzyczny jest w dużej mierze oparty na Pitchforku. Jeśli na tym serwisie internetowym płyta oceniona jest pozytywnie, to w zasadzie problem jest rozwiązany – trzeba się z tą opinią zgodzić i głosić na cały świat. Ileż razy słyszałem słowa żywcem wyjęte z danej recenzji. To w pewien sposób bardzo nobilitujące dla serwisu, ale niesmak pozostaje. Nie mogę się doczekać dyskusji na temat najnowszej płyty Coldplay, bo oto Pitchfork zaserwował niemałą niespodziankę – werdykt brzmi 7.0 w dziesięciostopniowej skali.

Krytykować Coldplay jest niezwykle łatwo. Wrzucamy ich do worka razem z Muse czy U2 i mówimy coś o plagiatach, muzyce radiowej, stadionach oraz niewyrobionych gustach. Dodatkowo możemy zacytować redaktor Szydłowską i powiedzieć coś w stylu: “masakra”. Chciałbym inaczej. Najnowsza płyta Coldplay nosi tytuł “Mylo Xyloto” i wedle słów Chrisa Martina ta nazwa nic nie oznacza. Niestety, podobnie jest z zawartością. Nijakość to główna cecha charakterystyczna tego albumu.

Coldplay proponuje rozrywkę doskonale znaną. Wszystkie oklepane trendy w muzyce alternatywnej i muzyce pop spotykają się tutaj sprawiając, że trzeba być naprawdę wielkim fanem, by nie rozstawać się z albumem na dłuższy czas. Od muzyki oczekuję czegoś więcej niż tego, by nie denerwowała i pozwalała na radosne skonsumowanie obiadu. Wszechobecność syntezatorów, melodyjne refreny, dziwne wstawki gitarowe, chórki, cierpienia wokalisty – to żaden krok naprzód, a jedynie wybranie drogi najgorszej z możliwych. Całkiem prawdopodobne, że tylko taka ścieżka daje szansę na osiągnięcia komercyjnego sukcesu, a nie ukrywajmy – o to tu przecież chodzi. Takim posunięciem było z pewnością zaangażowanie do jednego z utworów (“Princess of China”) Rihanny i paradoksalnie muszę stwierdzić, że dziewczyna z Barbadosu dawno nie nagrała tak słabego utworu. Pójdę jeszcze dalej – piosenka ta jest najlepsza na “Mylo Xyloto”.  Dlaczego? Stanowi bowiem miłą odmianę w nużącej podróży. Oczekiwania miałem zupełnie inne. Płytę wyprodukował bowiem Brian Eno i doprawdy jestem przerażony wizją tego, jakby brzmiała bez jego pomocy.

“Mylo Xyloto” ma momenty dobre. “Hurts Like Heaven”, “Paradise”, “Major Minus” mają ciekawe otwarcie i w pewnych chwilach uszy jakoś naturalnie wystawiają się do głośników, oczekując czegoś miłego. Nic z tego. Zabrakło odwagi albo przepis na przebój nie pozwalał na więcej. Jestem w stanie zrozumieć, że komuś może się to podobać, ale określenia “genialny”, “zjawiskowy” powinny być karane. Najgorsze, że brakuje tutaj nawet jednego chwytliwego singla, bo przecież “Every Teardrop Is a Waterfall” (co za idiotyczny tytuł) chyba każdemu się nudzi po kilku przesłuchaniach.

Liryki lepiej przemilczeć. Rihanna śpiewająca: “La, la, la, la, la, la, la, la / You stole my star la, la la la la laaaaaa” ma jedną z najlepszych partii w tym aspekcie. Chris Martin, który stoi w opozycji do świata (“Us Against the World”) jest śmieszny i irytujący, a miłosne teksty już dawno nie były tak głupkowate. Ciężko mi sobie wyobrazić tłum ludzi śpiewających je na cały głos, ale takie rzeczy się dzieją.

Jeśli tak brzmi najlepszy zespół rockowy, to doprawdy straszne mamy czasy. Nie byłem nigdy fanem Coldplay, ale jakoś też nigdy mi nie przeszkadzali. Niestety, płyta “Mylo Xyloto” zmieniła mój stosunek. Worek stadionowych gigantów jest dziś chyba za bardzo przepełniony. Coldplay dołącza do ekipy, która żyje zasadą: “im gorzej, tym więcej na koncie” (U2, Kings Of Leon, Red Hot Chili Peppers). Szkoda.

Michał Stępniak