Relacjeprzemek

Colours of Ostrava 2013 – co je zajimave, a co je slabe

Relacjeprzemek

Colours of Ostrava 2013 – co je zajimave, a co je slabe

Czyli czym ten festiwal różni się od odwiedzanych przeze mnie do tej pory.


Colours, jak każdy festiwal – różni się od innych. Pod względem organizacji, artystów, festiwalowiczów i wielu jeszcze innych aspektów. Co z przyjemnością rozpropagowałabym gdzie indziej, a czego wolałabym uniknąć? Poniżej bardzo osobiste podsumowanie.

Na minus, bo podobno trzeba zaczynać od konstruktywniej krytyki, a później dopiero chwalić.

- płacisz osobno za miejsce namiotu na polu namiotowym, osobno za osobę w namiocie. Jakby sam namiot dał sobie radę bez ciebie lub jakby wchodzenie na pole bez “przynależenia’ do namiotu miało sens. Nie można było zorganizować opłat za “dodatkową osobę”, czyli każdą powyżej jednej? Lub pobierać opłaty za pole namiotowe od wielkości namiotu? Z drugiej strony, jeśli wycieczka pięciu Krakowianek chce mieszkać w 2-osobowym namiocie, proszę bardzo. Organizator nie straci na tym wiele, bo przecież i tak…

- …płacą za prysznic. Jednorazowe skorzystanie z prysznica: 30 koron. Niby nie dużo (w przeliczeniu 5 zł), ale gdy przychodzisz do hotelu nie płacisz osobno za światło, wodę i obejrzane programy w telewizji.  Jeśli wprowadzenie opłat miało rozładować kolejki, to prawie się udało, ale kolejki stały do uiszczenia opłaty. Można było za to kąpać się za free gdy… woda była zimna.

- dojazd. Jeśli nie chcesz telepać się przez całą południową Polskę w kółko, a nie masz znajomych, którzy jadą samochodem, dojazd do Ostravy jest naprawdę ciężki. Dla porównania: pociąg z Wrocławia: 9h, średnio 2 przesiadki w środku nocy gdzieś w małych miejscowościach. Samochód: 3h.

- język obcy jest Czechom obcy. Szczególnie irytujące było, gdy w informacji czy punkcie dla prasy, pracownicy nie potrafili odpowiedzieć na podstawowe pytania.

- żwir, którym wysypane były główne ciągi komunikacyjne. Ni to wygodne, ni to zapewniające czystość. Wprost przeciwnie: po upadku na żwir pozostawał na kolanie tatuaż, każdy kamyk czuło się pod stopą, przez co pod koniec dnia wycieczka pod kolejną scenę stawała się wyzwaniem, a pomimo polewania wodą przed południem, wieczorem kurz już i tak unosił się wysoko ponad scenę.

Na plus:

- teren festiwalu, o którym szerzej rozpisywałam się w relacji z pierwszego dnia.

- odległość – pole namiotowe – teren koncertu. Praktycznie dzieliło je tylko przejście przez ulicę, dzięki czemu na polu namiotowym można było słyszeć co dzieje się na scenie głównej i dlaczego warto jednak się pod nią wybrać, pomimoże tego nie planowaliśmy.

- bliskość centrum miasta. Ostrava nie jest w sumie miastem zbyt dużym, ale świadomość, że nie trzeba czekać na autobus albo wlec się kilometrami do cywilizacji, bardzo pomagała. Odległość do najbliższego centrum handlowego: spacerem 7 minut.

- rozstrzał stylistyczny. Na festiwalu nie królowała niepodzielnie muzyka, ale i można było wziąć udział w warsztatach, panelach dyskusyjnych, była scena specjalnie dla dzieci czy kącik, gdzie z półproduktów można było przygotować swój niebanalny festiwalowy strój itp. Muzycznie również organizatorzy zaprezentowali miszmasz: The xx i Balkan Beatbox. Vojtech Dyk i B-Side Band i Tomahawk.

- dzieci. Podczas kiedy u nas na imprezach, nawet mniejszych, dzieci widuje się rzadko, na Colours było ich zaskakująco dużo. Małe, mniejsze, w wózkach, w chustach, biegające wokół rodziców… Brały udział w konkursach, warsztatach, słuchały koncertów wraz z rodzicami. Fajnie, że są rodzice, którzy nie boją się w ten sposób dokulturawiać swoje pociechy, a nawet nie boją się z kilkulatkiem mieszkać na polu namiotowym.

- starsi. W garsonce, ona z torebką, on z laską, pod rękę, dostojnie i powoli kroczy para starszych państwa z… karnetem 4-dniowym na nadgarstkach. Bo muzykę kocha się w każdym wieku.

- niepełnosprawni - mieli bardzo dużo ułatwień: parking tuż pod polem. Specjalnie wydzielona część pola namiotowego, trybuny, ścieżki. Tak właśnie powinien wyglądać festiwal bez barier.

- mnóstwo stoisk na terenie całego festiwalu. Bez wydzielonej osobno strefy, bez podziału na rękodzieło i jedzenie. Za każdym rogiem czekała kolejna porcja chińskiego makaronu, stragan z płytami, lokalne pyszności lub przedmioty od kolczyków z drucika, po bambusowy hamak.

- plastikowe kubki z kaucją. Dość masywne, dzięki czemu szybko się nie psuły, dość drogie (8 zł) jak na plastikowy kubek, ale dzięki temu po terenie festiwalu nie walały się śmieci, a ludzie nie oblewali się resztkami piwa pod sceną. Kupując nowe piwo dostawałeś czysty kubek, więc nawet nie trzeba ich było samodzielnie myć. Na polu namiotowym też przydawały się jako dodatkowe (jedyne?) naczynie wielofunkcyjne. W ogóle na terenie festiwalu było zaskakująco czysto: zero papierków, pojemników po jedzeniu, chusteczek i innych.

- lodówki, pralki, ładowarki. Koło namiotów ustawił się przedstawiciel marki elektronicznej oferując miejsce w lodówce za darmo oraz możliwość prania w pralce. Bardzo duże ułatwienie dla mieszkańców pola namiotowego. Każdy festiwalowicz mógł ponadto skorzystać z punktu doładowania baterii w telefonie, żeby ze zdwojoną energią móc robić festiwalowe zdjęcia. Niestety oczekiwanie na miejsce przy ładowarce czasem było kalkulowane na dłuższy czas niż trwanie festiwalu.

Maria Grudowska