Relacjeprzemek

Colours of Ostrava 2013 – relacja cz. 2

Relacjeprzemek

Colours of Ostrava 2013 – relacja cz. 2

Dzień drugi  – publika się nie bawi.

część 1

Dwunasta edycja międzynarodowego festiwalu muzycznego już za nami. Słońce, bezchmurne niebo, centrum miasta, a w nim 12 scen oraz prawie 200 – nie tylko muzycznych – atrakcji.

Colours of Ostrava to 12 scen, z czego ściśle koncertowych – 6. Nic więc dziwnego, że stojąc w jednym miejscu traci się wiele, nie będąc równocześnie gdzie indziej. A kiedyś jeszcze trzeba zajrzeć w mniej głośne kąty: w winiarni przygrywał cały dzień zespół folkowy, gdzieś na 4 piętrze odbywały się dyskusje na temat sytuacji w Tybecie, piętro niżej grano w ping-ponga, przed budynkiem odbywały się warsztaty nazwijmy to ogólnie – ruchowe (na moje oko zumba) – a uliczki przemierzały zespoły grające na czym popadnie. Lokalni grajkowie też wyczuli koniunkturę, bo kilka kapel rozłożyło się na przystanku czy przy polu namiotowym, aby w ten sposób zapewnić sobie międzynarodową karierę. Przemierzając takie właśnie mniej wyeksponowane sceny natrafiłam na występ Vaclava Havelki III. Pomieszczenie wyglądające trochę jak mix amerykańskiego kościoła z szopą i supermarketem, zastawione plastikowymi krzesełkami, a na scenie on: ni młody, ni stary, sam jeden ze swoją gitarą, grający spokojne gitarowe ballady. Trochę nawiedzony, trochę liryczny. Na pewno hipnotyzujący.

Pierwszą dużą gwiazdą dnia drugiego był Dub FX. Tym razem bez Flower Fairy, ale i tak pełen radości życia, energii kosmicznej którą próbował przekazać publiczności. Odnoszę nawet wrażenie, że bez niej artysta częściej zwraca się do publiczności i próbuje nawiązać z nią kontakt. Po części beatboxowej koncertu, Benjamin skupił się na twórczości bardziej drum’n'bassowej, w pełnym słońcu zmuszając publikę pod sceną główną do tańca.

Na drugim końcu terenu Dolnych Witkowic, w auli Gong, grała Marketa Irglova. Nie zmieściliśmy się już do niewielkiej sali koncertowej, zostało nam więc śledzenie koncertu na telebimie. W popołudniowym cieniu spokojne, nastrojowe piosenki Markety nastrajały bardzo melancholijnie, uspokajały po gonitwie po terenie festiwalu, przynosiły chłód i spokój, a finalne wykonanie “If You Want Me” i “Falling Slowly” z gościnnym udziałem Damiena Rice’a było szczytem romantyzmu tego wieczoru.

Choć występ akustyczny, jaki zagrał w Polsce  Asaf Avidan, trochę moim zdaniem nie oddał piękna płyty, tak występ z pełnym zespołem, na głównej scenie w popołudniowym słońcu był dla mnie lekko ekshibicjonistyczny. Tym bardziej, gdy zna się już historię każdej z piosenek i powody jej powstania. Asaf jednak niewiele się tym przejmując dał piękny występ, zachęcał publiczność do skakania, śpiewania, tańczenia razem z nim. No właśnie… zachęcał. Wszyscy artyści podczas festiwalu dawali z siebie wszystko, czy to w dzień, czy to już w chłodzie zachodzącego słońca, jednak czeska publiczność w porównaniu z Polakami jest strasznie niemrawa. Tańczą tylko, gdy ktoś im każe i tylko tak długo, jak trwa namawianie. Klaszczą tylko, gdy klaszcze wokalista i ani chwilę dłużej. Może i wynikało to z faktu, że koncerty, które mnie zachwyciły, nie zachwyciły innych, a może założeniem była tu bierna obserwacja. Tak czy inaczej, poza oklaskami na koniec każdej piosenki, nie można było wymagać nic więcej. Asafowi udało się jeszcze namówić tłum do prztykania palcami. I był to naprawdę piękny dźwięk. Na chwilę publiczność ożywiła się ponadprogramowo przy pierwszych dźwiękach “One Day”, ale szybko radość zgasła, gdy okazało się, że nie będzie to ta bardziej znana, taneczna wersja Wankelmut Remix.

Podobnie było na koncercie Woodkida. Podczas gdy w warszawskiej Soho Factory, gdy Yoann krzyczał “skaczcie!”, publika nawet nie pytała jak wysoko, tak tutaj, po dość nijakim przyjęciu deklaracji miłości wokalisty do Ostrawy, artysta nawet nie starał się zbyt mocno, żeby publika się bawiła. Dał świetny występ, z idealnie dopracowanymi wizualizacjami i światłem, choć biorąc pod uwagę, że był to mój kolejny koncert artysty, nie był on już dla mnie taki powalający, jak pierwsze.

Technik oświetleniowiec podczas koncertu Woodkida sprawdził się idealnie, tak podczas występu Bonobo zepsuł sprawę. Spokojne, nastrojowe piosenki potrzebują podczas festiwalu specjalnej oprawy świetlnej, żeby nie zasnąć pod sceną. W końcu na koncercie przeżywa się też oczami. Tym czasem podczas spokojnych, nastrojowych kawałków Bonobo, światła snuły się nijako, bez celu i składu, co sprawiało, że widowisko było z tego wszystkiego nijakie. Można było oczywiście podziwiać skąpo ubraną wokalistkę, można było oczywiście stracić głowę przy otwierającym “Cirrus” i zamykającym “We Could Forever”, a można było też zamknąć oczy i słuchać.

The Prostitutes. Nie ukrywam, poszłam na ten koncert zaintrygowana nazwą. Nie ukrywam, nie spodziewałam się niczego konkretnego. Dostałam za to coś na wzór White Lies. Bardzo podobna muzyka, czasami nawet całe fragmenty bardzo przypominające “To Loose My Life” czy “Bigger Than Us”, niestety wokal był na tyle niezrozumiały (chyba kwestia nagłośnienia), że nie jestem w stanie stwierdzić, czy na scenie stał drugi Harry McVeigh. Ale chyba nie…

Ciąg dalszy nastąpi…

część 1

Maria Grudowska

Foto: Colours of Ostrava – polski profil